Blog teologiczny
Czytelników niniejszej strony zapraszam na NOWĄ STRONĘ INTERNETOWĄ: http://rmrynkowski.cba.pl/. Na nowej stronie, mającej formę blogu, umieściłem wszystkie teksty ze starej strony (w formacie PDF). Będzie też ona sukcesywnie uzupełniana o kolejne publikacje. Zachęcam do odwiedzania nowej strony, komentowania i oceniania. Mam nadzieję, że dzięki swojej formie będzie ona zachęcała do rozmowy o Bogu, czyli uprawiania teologii.
Blog: Artykuł w "Tygodniku Powszechnym"
Napisany przez Robert dnia 2011-06-21 06:34:21 CESTW najnowszym "Tygodniku Powszechnym" (nr 26 (3233), 26 czerwca 2011) ukazał się artykuł mojego autorstwa "Terra incognita". Poruszam w nim problem obecności, a raczej nieobecności w internecie profesjonalnych teologów. W sieci jest bowiem niewiele teologicznych artykułów naukowych, a blogi profesjonalnych teologów należą do rzadkości. I wbrew pozorom, co staram się pokazać w artykule, nie jest to branżowy problem teologów. Fragment artykułu dostępny jest tu.
W najnowszej "Więzi" - nr 5-6(631)/2011 maj-czerwiec - ukazał się artykuł mojego autorstwa zatytułowany "Szymon teolog?". Jest on swego rodzaju dopowiedzeniem do artykułu Anny Sosnowskiej "Popteologia czy pseudoteologia?", w którym autorka zastanawia się nad fenomenem pisarstwa Szymona Hołowni, ale na pytanie zawarte w tytule ostatecznie nie odpowiada. Odpowiedzi na tytułowe pytanie próbuję udzielić w swoim artykule. Fragment artykułu do przeczytania tutaj, a całość w wersji papierowej.
Na Wielkanoc chciałbym złożyć krótkie życzenia wierzącym i niewierzącym.
Czego nam, wierzącym, dzisiaj życzyć? Chyba tego, żebyśmy stawiając sobie czasem pytania: po co się urodziłem? po co żyję? dlaczego ucieka mi doczesne szczęście? dlaczego cierpię? dlaczego umieram? - stale przypominali sobie Jezusa zmartwychwstałego, który jako człowiek przebył ludzkie życie, cierpienia, straszną śmierć i w cierpieniach, kłopotach życiowych przedarł się do Pana Boga i do Niego przeniósł nasze człowieczeństwo. Żebyśmy nie patrzyli na nasze kłopoty, cierpienia, śmierć jak na nieszczęście, ale jak na przedzieranie się do Boga. Jest to w życiu takie trudne, trudniejsze od wspinaczki na górę.
Niewierzącym życzyłbym, aby postawili sobie pytanie: a jeśli jest prawdą, że Jezus zmartwychwstał, to jak będę wyglądał ze swoją niemądrą niewiarą?
Blog: Artykuł w "Otwartym Referarium Filozoficznym"
Napisany przez Robert dnia 2011-01-01 22:06:37 CETW "Otwartym Referarium Filozoficznym" ukazał się mój artykuł "Źródła nadziei powszechnego zbawienia". Zapraszam do lektury.
W dziale "Artykuły i recenzje" umieściłem opublikowaną w październikowym "Znaku", zatytułowaną "Leczenie nadzieją", recenzję książki Wacława Hryniewicza "Nadzieja leczy".
Niech narodzony Pan pomaga nam rodzić się do prawdziwego życia,
niech nadchodzące Boże Narodzenie będzie czasem radosnym, pełnym dobrych spotkań,
a nowym rok obfituje w radosne wydarzenia i sukcesy
Blog: "Polemika" o. Dariusza Kowalczyka w "Znaku"
Napisany przez Robert dnia 2010-11-05 06:18:57 CETW najnowszym, listopadowym, numerze "Znaku" ukazał się artykuł o. Dariusza Kowalczyka "W poszukiwaniu teologii i teologów". Jest to "polemika" z moim tekstem "Teologia spotkania i dialogu" opublikowanym w majowym "Znaku" (dostępny również na mojej stronie). Tekst o. D. Kowalczyka arcyciekawy, polecam jego lekturę.
Polecam też lekturę całego nr 666 miesięcznika, poświęconego, bo jakżeby inaczej, diabłu, jego obecności w kulturze i religii. Lektura tym ciekawsza, że grono autorów zróżnicowane. Jest też kontynuacja dyskusji o wykładzie prof. C. Taylora na temat sekularyzacji.
W najnowszym, październikowym, numerze "Znaku" ukazała się recenzja mojego autorstwa książki Wacława Hryniewicza, "Nadzieja leczy", wydanej przez Verbinum w ubiegłym roku. Za jakiś czas umieszczę ją na stronie, na razie fragment można przeczytać na stronie "Znaku" i oczywiście w papierowym miesięczniku, skądinąd bardzo ciekawym, bo poświęconym odpowiedzi na pytanie, czy we współczesnym świecie religia trafi do rezerwatu i czy różne ścieżki wiary są zagrożeniem dla jedności Kościoła.
Blog: Artykuł w "Tygodniku Powszechnym"
Napisany przez Robert dnia 2010-09-28 21:30:44 CESTW najnowszym numerze "Tygodnika Powszechnego" (40/10) ukazał się artykuł mojego autorstwa pt. "Czego nie przysłonią skrzydła". Link odsyła do pełnej wersji tekstu, więc zachęcam do lektury. Piszę w nim teologicznie o aniołach, zwłaszcza aniołach stróżach, istotach, które kojarzą się raczej z dzieciństwem. Pokazuję, że nie musi, a nawet nie powinno tak być, bo anioł ma rzeczywiście istotną rolę do spełnienia w naszym życiu.
W najnowszym numerze "Tygodnika Powszechnego" (37/10) ukazał się tekst Tomasza Ponikły na temat stanu polskiej teologii akademickiej "Drugi obieg". Konkluzja tego tekstu jest w gruncie rzeczy taka: "Z polską teologią jest jak z polskim futbolem: są stadiony, piłkarze, trenerzy, ale nie ma sukcesów". Notabene to jeden z moich trzech groszy dorzuconych do tego artykułu. A kolejnym groszem jest wskazanie, że lekarstwem na niedomagania polskiej teologii może być większe zaangażowanie w uprawianie teologii akademickiej teologów świeckich, dodajmy: nie jakichkolwiek, ale dobrych, a nawet bardzo dobrych. Skąd to przekonanie? Ano stąd, że teolog świecki na co dzień spotyka się ze świeckimi, wierzącymi i niewierzącymi, a zwłaszcza... dziećmi. Te spotkania doprawdy świetnie przekonują o tym, że teologia musi mówić o spotkaniu człowieka z Bogiem, a nie o problemach teologicznych. Dziecko nie będzie chciało słuchać, co o transcendencji Boga sądził św. Tomasz, a co H.U. von Balthasar, ale chętnie posłucha o innym Tatusiu, którego ma w niebie. A nawet nie tyle posłucha, ile porozmawia, bo przecież ono swojego doświadczenia Boga też nie jest pozbawione. Skoro więc jednym z niedomagań teologii akademickiej jest jej abstrakcyjność i hermetyczność, teologowie świeccy mogą pomóc wyprowadzić ją z murów uczelni, sprawić, by stawała się ona rozmową o spotkaniu z Bogiem. Co prawda żadnych gwarancji nie ma, ale skoro kształcimy świeckich teologów, wypadałoby dać im szansę pokazania swoich umiejętności.
Blog: Ziemska nieśmiertelność?
Napisany przez Robert dnia 2010-08-05 13:27:39 CESTNieśmiertelność, tę ziemską, nie tę czekającą nas po śmierci, rozumiemy zazwyczaj jako życie, które nie kończy się śmiercią, jako życie, którego człowiek nie może zostać pozbawiony, którego nie może przerwać śmiertelna choroba. Mówiąc w skrócie, jest to życie greckiego boga. Przez niektórych takie nieskończone życie jest pożądane, inni, jak chociażby Jonathan Swift w "Podróżach Guliwera", wskazują na jego możliwe negatywne konsekwencje (nieśmiertelni podlegają prawu biologicznego przemijania, nie mogą jednak umrzeć ). Problem w tym, że o takim życiu prawie nic nie wiemy, wiemy tylko tyle, że byłoby ono zupełnie inne niż to obecne. Rozważania o nim mogą być zatem czysto teoretyczne i mało przekonujące, bo trudno przekonująco mówić o czymś, czego nie sposób nawet sobie wyobrazić. Może gdyby ludzie od zawsze mieli skrzydła, nie musieliby budować autostrad i linii kolejowych, przez co nie ingerowaliby w środowisko, jednak nic nie zmieni tego, że człowiek nie ma skrzydeł z natury i nie wiadomo, co by było, gdyby je miał. Sytuacja człowieka żyjącego od zawsze ze skrzydłami jest w gruncie rzeczy nie do wyobrażenia. Dlatego taki rodzaj nieśmiertelności jest dla teologii zupełnie nieinteresujący.
Ale możliwy jest inny rodzaj nieśmiertelności, bardziej realny i łatwiejszy do wyobrażenia i, dodajmy, bardziej interesujący dla teologów. read more...
Blog: (Pani) teolog czy teolożka?
Napisany przez Robert dnia 2010-08-03 07:08:14 CESTW literaturze teologicznej, zwłaszcza tej z nurtu teologii feministycznej, można napotkać termin "teolożka". Oznacza on ni mniej, ni więcej tylko teologa płci żeńskiej. I od razu trzeba powiedzieć, że jest utworzony jak najbardziej prawidłowo, podobnie jak terminy "psycholożka", "antropolożka" itp. Brzmi on jednak nieco obco, by nie powiedzieć: dziwacznie. Bo też tak to jest z żeńskimi nazwami funkcji i zawodów, że słowo "minister" brzmi dostojnie i poważnie, a "ministerka" już nie. Wszystko przez to, że te formy nie są utrwalone w polszczyźnie. Co więcej, bywają one odbierane jako deprecjonujące tego, do kogo są odnoszone. Mówienie więc o teologach kobietach jako o teolożkach, może oznaczać, że nie są one traktowane jako pełnowartościowi teologowie, a tego nie chciałby ani one same, ani pewnie znaczna część teologów mężczyzn. Do tego dochodzi jeszcze jeden problem. Otóż słowo "teolożka" może przywodzić na myśl przedstawicielki radykalnego nurtu teologii feministycznej, które proponują tak daleko idące zmiany w sposobie myślenia i mówienia o Bogu, a właściwie Bogini, że nie znajdują miejsca w swoich kościołach, i które oczekują określania siebie jako teolożek. Dlatego wiele przemawia za tym, by tego słowa raczej nie używać, a przynajmniej nie nadużywać.
Jest jednak również coś, co można nazwać ekonomią wypowiedzi. Są mianowicie takie konteksty, w których trzeba wskazać na płeć teologa, jak na przykład wtedy, gdy mówi się o teologii feministycznej i wiadomo, że chodzi o same kobiety teologów. Czy nie wygodniej jest wtedy powiedzieć "teolożki" zamiast "panie teolog" (co też byłoby dziwne, bo o mężczyznach nie mówi się "panowie teologowie" ) czy "teologowie" (co w odniesieniu do samych kobiet wygląda dziwnie)?
Zatem kontekst i ekonomia wypowiedzi, tudzież wyczucie językowe wypowiadającego się, powinny być w przypadku słowa "teolożka" decydujące, ale nie wydaje się, by należało je tępić. Z drugiej strony nie widzę powodu, dla którego należałoby stosować je na siłę, nawet w wypowiedziach, w których nie jest to konieczne, czyli na przykład pisać "teolożki i teologowie interpretują pisma Ojców Kościoła" zamiast "teologowie interpretują pisma Ojców Kościoła". Wszak teologowie to i kobiety, i mężczyźni.
Blog: Książka o. Joachima Badeniego
Napisany przez Robert dnia 2010-07-30 11:25:00 CESTJakiś czas temu wydawnictwo Znak wydało książkę Judyty Syrek i o. Joachima Badeniego "Uwierzcie w koniec świata! Współczesne proroctwo o powtórnym przyjściu Chrystusa". Temat może mało wakacyjny, bo kto by, ciesząc się słońcem na plaży, chciał zajmować głowę Paruzją, czyli powtórnym przyjściem Chrystusa, ale przyjściem mało "atrakcyjnym", bo co tu dużo mówić, oznaczającym koniec świata. A jednak może właśnie jak najbardziej odpowiedni... Bo leżąc na tej plaży, warto pomyśleć o tym, że kiedyś jej nie będzie, i to nie dlatego, że zostanie zalana w wyniku ocieplenia klimatu. I że może to się stać zaraz, już, w każdej chwili. Bo ojciec Badeni przypomina, że Bóg nie wycofał się ze swoich apokaliptycznych zapowiedzi, chociaż upłynęły już dwa tysiące lat. Przypomina, gdyż nie ma w nas oczekiwania Paruzji, które było w pierwszych chrześcijanach, spodziewających się, że nastąpi ona za ich życia. Nawet w Kościele o tej prawdzie nie bardzo się pamięta - notabene sam o. Badeni przyznaje się, że do czasu otrzymania wizji Paruzji za wiele o niej nie myślał - nie mówiąc już o całym współczesnym świecie. To książka wskazana też dla zwolenników nadziei powszechnego zbawienia. Jasno pokazuje ona, że nadzieja musi być równoważona wizją sądu. read more...
17.07.2010
W sekcji "Artykuły i recenzje" umieściłem recenzję książki Krzysztofa Dorosza "Bóg i terror historii" zatytułowaną "Od zabijania do modlitwy", która ukazała się W lipcowej "Więzi".
2.06.2010
W sekcji "Artykuły i recenzje" umieściłem opublikowany w majowym "Znaku" artykuł "Teologia spotkania i dialogu".
21.05.2010
W sekcji "Artykuły i recenzje" umieściłem opublikowaną w lutowym "Znaku" recenzję książki opracowanej przez Tadeusza Bartosia "Nowe światło. Kościół a teologia dwudziestego wieku", zatytułowaną "Teologia: w Kościele czy poza nim?". Oprócz tego łaskawej uwadze czytelników polecam opublikowany w majowym numerze "Znaku" artykuł "Teologia spotkania i dialogu". Za jakiś czas będzie on dostępny na niniejszej stronie, na razie krótki fragment: "Konsekwencji przyjęcia spotkaniowej i dialogicznej koncepcji teologii można wymienić o wiele więcej. Rzecz jednak nie w wymienieniu ich wszystkich, ale w pewnej zmianie myślenia o teologii i jej roli. Dzisiaj nie może ona być tajemną wiedzą albo monologiem uczonych w piśmie. Jeśli ma w ogóle istnieć, to tylko jako rozmowa na temat spotkania człowieka z Bogiem. Rozmowa, która obejmuje wszystkich teologów, i profesjonalnych, i amatorów, i która zostawia miejsce dla samego Boga".
Powitanie
Jestem
świeckim teologiem katolickim, a na co dzień zajmuję się
redakcją
tekstów w Kancelarii Senatu RP. Więcej na
mój
temat dowiesz się w sekcji "O mnie".
Na stronie tej prezentuję mój "dorobek”
teologiczny,
zwłaszcza prace magisterską (sekcja "Praca magisterska")
i doktorską
(sekcja
"Praca doktorska") oraz opublikowane "na papierze" artykuły
i recenzje książek, a także teksty wcześniej nigdzie
niepublikowane (sekcja "Artykuły i recenzje").
Mam nadzieję, że umieszczone na tej stronie teksty zainteresują nie
tylko specjalistów w dziedzinie teologii. Chociaż
często
przedstawiam w nich poglądy teologów uważanych za
niełatwych, na przykład takich, jak: Wacław Hryniewicz, Czesław
Stanisław Bartnik, Hans Urs von Balthasar czy Karl Rahner, większość
z nich, oczywiście oprócz prac dyplomowych, była
pisana w celu
przybliżenia pewnych problemów teologicznych tym,
którzy teologami nie są.
Na stronie głównej znajduje się blog teologiczny, na
którym, jak to na blogu, umieszczam teksty
krótkie, będące wynikiem jakiejś lektury czy reakcją na
bieżące wydarzenia, a co za tym idzie, czasem mniej
przemyślane i dopracowane.
Łaskawej i życzliwej uwadze czytelników, zwłaszcza
rodziców małych dzieci, polecam też znajdujące się na
stronie głównej bajki teologiczne o przygodach
Karolinki, Karolinki aniołka i diabełka Karolka.
Bajki dla dzieci i dorosłych
Nie pomagało już nawet zatykanie uszu: diabełek Karolek, mimo że do Wielkanocy był jeszcze tydzień, ciągle słyszał "Zwycięzca śmierci, piekła i szatana". Nawet ta podstępna Karolinka aniołek, chociaż przecież taka porządna w kwestii okresów liturgicznych (wszak cały czas szeptała ich dziewczynce, że w poście nie należy śpiewać kolęd), nie za bardzo reagowała na to, że ich Karolinka z dużym zaangażowaniem wyśpiewywała tę wstrętną pieśń. Diabełek Karolek mógł znieść dużo, ale nie to, żeby ciągle słuchać, że jego wujek Lucyferek został zwyciężony. Zresztą nie bardzo mógł pojąć, jak to jest, że wujaszek jest pokonany, skoro ma swoje piekiełko, gromady wiernych diabełków, na dodatek pokonany przez to, że Jezus wyszedł z grobu. Lucyferka wolał o to nie pytać, bo jak kiedyś spróbował, to skończyło się na tygodniowym pobycie w kotłowni.
Ale po tym, co usłyszał dzisiaj, Karolek postanowił, że musi skończyć z tą okropną pieśnią (swoją drogą podejrzewał, że ich dziewczynka lubi ją tak bardzo dlatego, że już nie raz Karolinka aniołek szeptała jej, że Karolek bardzo się zdenerwuje, gdy ją usłyszy). Oto bowiem ich dziewczynka zgodziła się, żeby pójść na tak zwaną rezurekcję (Lucyferek na pewno nie będzie zadowolony), mimo że Karolek ciągle jej szeptał, że przecież trzeba będzie wstać bardzo wcześnie, że na pewno nie będzie gdzie usiąść, że będzie strasznie się nudziła. Wystarczył jednak jeden podszept tej podstępnej anielicy, że cały kościół będzie śpiewał "Zwycięzca śmierci", a już ich dziewczynka zgodziła się głośnym: "Taaaaak". Ale on im jeszcze pokaże!
Karolinka aniołek podejrzewała, że Karolek coś kombinuje. Dziwiła się bowiem, że z takim spokojem słucha na rezurekcji o tym, że wesoły dzień nastał, że Pan zmartwychwstał, że miejscem spotkania będzie Galilea. Karolince przez chwilę zdawało się nawet, że Karolek zrezygnował z walki, bo nie specjalnie się starał, żeby ich dziewczynka okazywała znudzenie. Owszem, od czasu do czasu szeptał jej, żeby mówiła, że nie może już wytrzymać, że ją nogi bolą, ale nie miało to wielkiego sensu, bo jakimś cudem udało się mamie Karolinki znaleźć w kościele miejsce siedzące. Karolinka aniołek nie bardzo więc się zdziwiła, że po jakimś czasie Karolek w ogóle zniknął. Pomyślała sobie, że pewnie wolał polecieć poza kościół, żeby nie słyszeć znienawidzonej pieśni, której do tej pory jeszcze nie było. Dziewczynka też zdawała się na nią czekać z narastającą niecierpliwością, bo coraz częściej dopytywała rodziców, kiedy ona wreszcie będzie. Karolinka aniołek miała tylko nadzieję, że będzie ją śpiewała schola, a nie wespół z panem organistą chór parafialny, bo tylko jednego nie można było mu odmówić: zaangażowania. No ale stało się inaczej: "ulubioną" pieśń diabełka Karolka zaczął śpiewać jednak chór. Mimo wszystko Karolinka aniołek dałaby wiele, żeby zobaczyć skrzywioną minę Karolka. Tej jednak nie mogłaby zobaczyć, nawet gdyby stała obok Karolka, bo ten miał akurat minę dowódcy oddziału specjalnego wykonującego trudne zadanie na tyłach wroga.
- Szybciej, szybciej, diabełku Franku, niech on już tu wreszcie przyjdzie i zacznie działać! - wrzeszczał do swojego kolegi, który intensywnie szeptał do ucha kilkuletniemu wnukowi pana organisty.
- To nic, że dziadek mówił ci, żebyś w żadnym razie nie dotykał tu żadnych kabelków. Zobacz, jakie one są fajne, kolorowe. I jak fajnie by było powtykać te kołeczki w te różne dziurki... - szeptał diabełek Franek.
A jego podopieczny był do tego pomysłu coraz bardziej przekonany, mimo desperackich prób aniołka Franka, by zniechęcić do niego. Kabelki były bowiem dla Franka pokusą nie do przezwycieżenia. Zerknął jeszcze tylko na dziadka usiłującego dostosować się do śpiewu chóru i ruszył ochoczo do kabelków...
A już po chwili diabełek Karolek z radością obserwował, jak tłum w kościele zamiast słuchać o zwycięzcy szatana, zatyka sobie uszy, by nie słyszeć przeraźliwych pisków i trzasków aparatury nagłaśniającej. Mały Franek okazał się na tyle skuteczny, że panu organiście powtykanie kabelków we właściwe otwory zajęło tyle czasu, że śpiewanie swojej pieśni rozpoczęła schola. Diabełek Karolek triumfował: tego dnia nie usłyszy już znienawidzonej pieśni.
Bardzo jednak się zdziwił, że diabełek Lucyferek nie wyglądał na specjalnie zadowolonego (zresztą nie wiedzieć czemu, tego dnia był w wyjątkowo złym humorze), gdy rozentuzjazmowany opowiadał, jakiego to psikusa zrobił Karolince aniołkowi i że z całej tej Wielkanocy nici, bo nie została odśpiewana pieśń o zwycięstwie nad szatanem. Nie bardzo też rozumiał, dlaczego wujek mruczał coś o idiotach, z którymi musi pracować, a w końcu ryknął, żeby się wynosił i wziął się do prawdziwej pracy. Zawiedziony wrócił więc do swojej dziewczynki, ale tu czekała go kolejna niespodzianka.
- Diabełku Karolku, umiem już wszystkie zwrotki - wołała jego dziewczynka. - Zwycięzca śmierci, piekła i szatana... - zaczęła radośnie śpiewać.
Ale Karolek wolał nie sprawdzać, czy jest to prawda. Miał jakieś mocne przekonanie, że powinien akurat teraz pomóc diabełkowi Bartkowi.
Bajka: Spotkanie z Wiktorią aniołkiem
Napisany przez Robert dnia 2011-02-10 23:33:42 CETDiabełek Karolek trochę się zdziwił, gdy przy uszku swojej dziewczynki zamiast Karolinki aniołka zobaczył Wiktorię. Co prawda takie zamiany już się zdarzały, na przykład wtedy gdy Karolinka aniołek leciała na spotkanie z którymś z archaniołów, ale zwykle nie trwało to długo. Jednak teraz wyglądało na to, że z Wiktorią aniołkiem spędzi więcej czasu. Karolkowi nie było to na rękę, bo co prawda Karolinka aniołek była wymagającym przeciwnikiem, a jej pomysły sprawiały mu nader wiele kłopotów, ale z Wiktoria było o tyle gorzej, że nader łatwo i mocno dawała fangi w nos, gdy się za bardzo zalazło jej za skórę. Diabełek już nieraz miał okazję doświadczyć jej siły i jakoś nie miał ochoty doświadczać po raz kolejny, tym bardziej że po ostatnim pobycie na samym dnie kotłowni musiał wykazać się przed Lucyferkiem jakimiś sukcesami. Najpierw trzeba było jednak ustalić, na jak długo Wiktoria zastąpiła Karolinkę aniołka.
- Ej ty, Tayson - diabełek Karolek postanowił nieco ją sprowokować porównaniem z ziemskiem mistrzem boksu, chociaż gdy zobaczył spojrzenie Wiktorii, natychmiast tego pożałował - gdzie się podziała Karolinka? Może musiała odpocząć? Może praca za trudna?
Wiktoria nie należała jednak ani do zbyt rozmownych, ani do dających się sprowokoć aniołków. W ogóle uważała, że zamiast gadać, lepiej robić coś konkretnego, nawet jeśli ma to być danie fangi w nos diabełkowi. Dlatego Karolek się nie zdziwił, że w odpowiedzi na jego zaczepki obrzuciła go tylko surowym Paddingtonowym spojrzeniem.
- A może ona chora? Tyle stresów, tyle niepowodzeń... Wróci w ogóle czy już jest na rencie? - diabełek nie dawał za wygraną.
Tyle, że Wiktoria nic sobie nie robiła z jego zaczepek i Karolek doszedł do wniosku, że niczego nie wskóra. Nie było rady, postanowił popytać swojego koglegę Bartka, który też lubił dawać fangi w nos (szkoda, że głównie swoim kolegom), a na dodatek sporo wiedział o tym, co się dzieje w niebie. Chyba tylko dzięki tej swojej wiedzy nie wylądował jeszcze na samym dnie kotłowni na zawsze, bo jako kusiciel sukcesów miał tyle co kot napłakał.
- Bartek, wiesz coś o Karolince aniołku? - wprost zapytał Karolek.
- A co mi dasz, jak ci powiem? - wypalił równie bezpośrednio Bartek.
Karolek mógł się tego spodziewać, bo zawsze było tak samo, ale wolał nie odpowiadać, że fangę w nos, bo Bartek mógłby postarać się być pierwszy.
- Nie powiem wujkowi Lucyferkowi, że cały ranek nic nie robiłeś - Karolek próbował się wybronić od dawania Bartkowi czegokolwiek, chociaż do końca nie wiedział, co Bartek robił tego ranka. Ale strzał na oślep okazał się celny, bo Bartek jakby trochę zmiękł.
- No dobra, powiem, tylko nic nie mów Lucyferkowi. A gdybyś jeszcze pomógł mi z moim chłopakiem...
- Zobaczymy, co masz, może ci pomogę - Karolek zgodził się wspaniałomyślnie.
- No więc będziesz czasami od niej odpoczywał, bo archanioł Michał w nagrodę za to, że cię pokonała w walce i pogoniła do piekiełka, postanowił nauczyć ją mistrzowskiego władania mieczem ognistym. Podobno ma niesamowity talent, nieprawdaż? - nie bez satysfakcji wysyczał Bartek.
W normalnej sytuacji Karolek już dawno dałby mu pięścią w nos, ale usłyszana wiadomość odebrała mu na to ochotę.
- No to już po mnie. Ta będzie mnie tłukła mieczem, a Wiktoria - pięściami - jęknął z prawdziwym przerażeniem. - No bo jak się w końcu nauczy...
- A co, teraz nie umie? - Bartek zapytał złośliwie.
- Umie, umie... - diabełek Karolek nie zareagował na zaczepkę i Bartek stracił okazję do bijatyki. Ta pojawiła się znowu w postaci nadlatującego diabełka Krzysia.
- Ej, co tak siedzicie? - zagadnął Krzyś. - Myślicie? - zapytał i zaczął sie przeraźliwie śmiać, bo nie miał najlepszego zdania o zdolnościach intelektualnych kolegów, za to o swoich i owszem, miał jak najlepsze.
Bartek już zaciskał pięść, by odprawić żartownisia z należną nagrodą, ale Karolek postanowił wykorzystać zdolności Krzysia.
- Jak jesteś taki mądry, to powiedz, co zrobić - wypalił Karolek i opowiedział Krzysiowi, jak to co ranek będzie okładany pięściami, a wieczorem przypalany ognistym mieczem, by w końcu na zawsze wylądować na dnie kotłowni.
- Sprawa jest prosta, przynajmniej dla mnie - Krzyś powiedział nie bez dumy i wtajemniczył oba diabełki w swój plan.
- Hej, Tayson, a ciebie nie wezmą jak Karolinki na żaden kurs, co? Za cienka jesteś? Ty to tylko do czarnej roboty? Leć zastąp tego, leć zastąp tamtego... A ty, Krolinko, chodź do archanioła Michała, nauczysz się walczyć mieczem, może będziesz dowódcą, nie martw się, Wiktoria zrobi za ciebie robotę - wołali na zmianę diabełki Karolek i Krzyś, chichocząc przy tym niemiłosiernie. Bartek na wszelki wypadek stał w pogotowiu z widłami i rozgrzewał pięść. Jednak z każdą chwilą ich zdziwienie rosło, gdyż nic nie wskazywało na to, by Wiktoria miała zamiar ruszyć na nich z pięściami. Co więcej, nie wyglądała też na zjadaną przez zazdrość i nie zamierzała ruszyć z furią na Karolinkę aniołka, która przyleciała i powiedziała, że już wróciła i dziękuje za zastępstwo.
- No to kogo teraz polecisz zastępować, cieniasie? - krzyczały diabełki, coraz bardziej zniecierpliwione niepowodzeniem swojego planu.
Bartek był tak tym zawiedziony, że w akcie desperacji podstawił nogę przelatującej obok nich Wiktorii. Ale zdziwił się, gdy w ułamku sekundy leżał z wykręconą reką, a wkrótce dołączyli do niego podcięci przez Wiktorię dwaj koledzy, którzy próbowali mu pomóc.
Diabełek Karolek, błagając o wypuszczenie, kątem oka dostrzegł, że tułów Wiktorii opasuje nowiutki czarny pas, podobny do tych, jakie widział na ziemi u mistrzów sztuk walki. I pomyślał, że chyba niepotrzebnie zaufał swoim kolegom... cieniasom!
Karolinka aniołek nie chciała, żeby ktokolwiek miał przez nią kłopoty, nawet diabełek Karolek. No ale poniekąd sam był sobie winien. No a gdy jeszcze myślała o tym, że przez niego kłopoty ciągle miała ich dziewczynka, to właściwie wątpliwości znikały. Postanowiła jednak, że pogada o tym ze swoją nauczycielką. Bo w szkole był co prawda przedmiot: anielska etyka zawodowa, ale teraz, gdy zasady tej etyki przychodziło stosować w praktyce, nie było to takie proste i nawet Karolinka, której z owej etyki szło bardzo dobrze, coraz częściej miała wątpliwości. Pamiętała nawet zawziętą dyskusję ze swoimi koleżankami, zwłaszcza Wiktorią, która uważała, że skoro diabełki same chętnie się biją i robią sobie głupie dowcipy, to danie fangi w nos w dobrej sprawie, gdy na przykład diabełek stosuje chwyty poniżej pasa, jest jak najbardziej wskazane. I chociaż wspólnie z Zuzią przekonały Wiktorię, że rozkwaszenie nosa diabełkowi to powinna być ostateczność, to teraz zastanawiała się, czy przypadkiem nie zastosowała jej metody. To znaczy nie, nie walnęła Karolka w nos, gdy ten jak zwykle zaczął swoje poranne marudzenie.
- Karolinko, nie ma co tak się spieszyć. Śniadanie nie zając, nie ucieknie. Jesteś przecież taka zmęczona i niewyspana. Masz prawo się nie spieszyć - mówił Karolek zaspanym głosem.
Karolinka aniołek już chciała dodać, że dziewczynka jest niewyspana przez Karolka, który cały wieczór mówił jej, że jeszcze jest wcześnie i można się pobawić, ale ten miał dzisiaj jakiś dobry dzień i nie dawał jej dojść do słowa.
- Karolinko, usiądź sobie, odpocznij, jesteś taka zmęczona. Ubrać się jeszcze zdążysz, a jak będziesz zmęczona, zajmie ci to więcej czasu. Musisz odpocząć - przekonywał dalej.
Najgorsze było jednak to, że dziewczynka go słuchała i wcale nie zwracała uwagi nie tylko na to, co mówiła jej Karolinka aniołek, ale i na to, co mówili rodzice. A ci byli coraz bardziej niezadowoleni, bo tego dnia mucha uwięziona w smole to w porównaniu z ich córką był bolid Formuły I. Katastrofa wisiała na włosku, a diabełek Karolek w podpowiadaniu stawał się szybszy od rakiety.
- Karolinko, Karolinko, no i co, że mama mówi, że nie zdążycie na tramwaj? Będzie następny. Niech się trochę pozłości, przecież nie postawi cię do kąta, bo nie ma na to czasu - chichotał diabełek. - Zresztą co to za życie, gdy ciągle trzeba się spieszyć? Zobacz, ja na przykład nigdzie nigdy nie muszę się spieszyć i jak mam fajnie.
Może diabełek miał fajne życie, ale akurat w tym momencie nie miała go jego dziewczynka, bo rodzice w końcu stracili cierpliwość i tata stanowczo powiedział, że skoro tak, to Karolinka zostaje dzisiaj w domu i ma posprzątać całe mieszkanie, a oprócz tego ugotować obiad, żeby był gotowy, gdy wrócą z pracy. A że rodzice byli już w kurtkach i zaczęli wychodzić z mieszkania, ich córeczka uwierzyła, że rzeczywiście zamierzają zostawić ją samą. Nabrała więc przyspieszenia, ale nie na wiele to się zdało, bo oczywiście buty przestały pasować na nogi, chociaż jeszcze poprzedniego dnia były nieco za duże, czapka może by pasowała, ale akurat wybrała się chyba gdzieś na spacer, bo nigdzie jej nie było, rękawice co prawda były, ale palce miały powciągane do środka, więc nie mogły wejść na ręce, a suwak od kurtki postanowił zaraz po zapięciu rozjechać się. Zamiast przyspieszenia pojawiły się więc łzy i do akcji wkroczyć musiała mama, która jak się później okazało, wszystko potrafi, a zwłaszcza dogadać się ze zbuntowanym złośliwym ubraniem.
Parę łez to nie jest wielki koszt, ale Karolinka aniołek była tak zła na Karolka, że mocno postanowiła, że mu pokaże. Jeszcze nie wiedziała co i pewnie za jakiś czas by z tego zrezygnowała, gdyby nie nadarzyła się wspaniała okazja do "zemsty". Oto bowiem ni z tego, ni z owego diabełek zaczął pospiesznie biegać i czegoś szukać. Przewalał wszystkie swoje porozrzucane bezładnie pergaminy (Karolinka nigdy nie mogła zrozumieć, po co diabełki tyle ich produkują
, przegrzebywał ich wielkie stosy, przy czym był coraz bardziej wściekły i coraz bardziej nerwowo zerkał na wiszący w przedszkolnej sali zegar. Gdy diabełek zanurkował w kolejną górę pergaminów, Karolinka podkradła się, żeby zobaczyć, co jest przyczyną tego niebywałego pośpiechu. Na szczęście ustalenie tego nie było trudne, bo listu od wujka Lucyferka - w którym Lucyferek pisał, że w związku z tym, że Karolek nie stawił się na dziewiątą na rozmowę z pisemnym sprawozdaniem z postępów w namawianiu dziewczynki do przyjścia do piekiełka, wzywa go do siebie na dwunastą i że jeśli nie przyjdzie albo się spóźni, kotłownia będzie dla niego najlżejszą karą - jeszcze nie udało mu się zagrzebać w śmieciach. Karolinka aniołek na chwilę się zawahała, ale chęć "zemsty" zwyciężyła. Tym bardziej, że była już za dwie dwunasta, a zziajany Karolek właśnie wygrzebał się z góry pergaminów z tym, jak się zdawało, właściwym w ręku.
- A cóż to, czyżbyś gdzieś się spieszył, diabełku Karolku? - zapytała uśmiechnięta i rozluźniona Karolinka aniołek.
- Zejdź mi z drogi, wstrętna anielico! - ryknął diabełek Karolek. - Nie mam czasu!
- Jak to, ty nie masz czasu? Przecież ty się nigdy nigdzie nie musisz spieszyć, masz takie fajne życie... - z przymilnym uśmiechem mówiła Karolinka, jednocześnie nie pozwalając diabełkowi wejść na ścieżkę wiodącą do piekiełka.
- Z drogi! Bo jak nie, to zdzielę cię moimi widłami! - ryczał purpurowy z wściekłości diabełek.
Karolinka wiedziała jednak, że nic z tych gróźb nie wyjdzie, bo widły też były zagrzebane w stosie pergaminów.
- Coś ty, diabełku, taki nerwowy, skąd ten pośpiech - ciągnęła Karolinka. - No ale skoro musisz już lecieć, to leć.
Karolinka zeszła Karolkowi z drogi, a ten wystartował lepiej niż mistrz olimpijski w biegu na sto metrów. Tyle, że zegar przedszkolny wskazywał minutę po dwunastej, a na dodatek pergamin wysunął mu się z ręki i spoczywał u stóp Karolinki aniołka.
Ta jednak jakoś nie mogła cieszyć się ze zwycięstwa, zwłaszcza gdy zamiast Karolka przyleciał diabełek Bartek i wymijająco odpowiadał na pytania o to, co spotkało diabełka Karolka. Teraz jednak jakoś łatwiej było jej zrozumieć ludzi i ich problemy z wyborem tego, co właściwe.
Karolinka aniołek nie mogła sobie darować, że nie udało jej się zapobiec katastrofie. Co prawda trochę zlekceważyła niebezpieczeństwo i nie zareagowała na czas, no ale nic nie zapowiadało tego, że nieszczęście może zdarzyć się na angielskim, który jej dziewczynka bardo lubiła. Wprawdzie miała być nowa pani, ale przecież już kilka razy panie się zmieniały i nic się nie działo. Tyle że diabełki skądś się dowiedziały, że z tą panią może być inaczej. Karolinka aniołek z przerażeniem patrzyła więc, jak Jakub z Bartkiem weszli pod stół, a Ala i Janek - na stół i jak żadne z nich nie chciało stamtąd wyjść i zejść, mimo że pani o to prosiła niemal ze łzami w oczach. Na dodatek jej Karolinka, która najpierw trochę się wahała, czy pójść w ślady kolegów i koleżanek, była coraz bliższa tego, by jednak to zrobić. Nie mogło być jednak inaczej, bo oto przy jej uszku diabełek Karolek coś bez przerwy szeptał. Karolinka aniołek w ogólnym hałasie i rozgardiaszu niewiele słyszała, ale co nieco do niej dotarło.
- No na co czekasz? - emocjonował się diabełek Karolek. - Zobacz, jak inni świetnie się bawią. Rób tak, jak robią wszyscy, skoro oni mogą, to ty też.
I nim Karolinka aniołek zdołała zareagować, jej dziewczynka siedziała już pod stołem razem z innymi dziećmi i świetnie się bawiła. Pani od angielskiego nie miała wyjścia: poleciała po pomoc wychowawczyni. Ta szybko zrobiła porządek z całym rozbawionym towarzystwem, ale diabełek Karolek i inne diabełki i tak były zadowolone jak nie wiem co, bo na wszystkie dzieci miały być skargi do rodziców, i to przez telefon. Gorsze od skarg było jednak to, że lekcja angielskiego poszła na marne i nic nie wskazywało na to, że z następnych będzie większy pożytek. Karolinka aniołek postanowiła coś z tym zrobić. Do tego potrzebne jednak były anioły rodziców jej dziewczynki.
- O, mamusia i tatuś - wołała ucieszona, ale i nieco zdziwiona Karolinka, bo rzadko się zdarzało, żeby do przedszkola przychodzili po nią oboje rodzice. - Dlaczego jest mamusia i tatuś?
- Bo dzisiaj nie będziemy jeść obiadu w domu, ale gdzieś pójdziemy... - powiedziała mama.
- Hura, pójdziemy do restauracji, pójdziemy do restauracji! - wołała ucieszona Karolinka, której w chodzeniu do restauracji najbardziej podobało się zamawianie jedzenia. - A do jakiej?
- To niespodzianka, zobaczysz - powiedziała mama i zajęła się pomocą w ubieraniu.
Karolinka nieco się zdziwiła, gdy zobaczyła, że zbliżają się do restauracji z charakterystycznym logo. I jakoś nie mogła uwierzyć, że idą właśnie do niej.
- Tylko nie tutaj... - powiedziała skrzekliwym głosem, którym mówiła, gdy była przekonana, że rodzice chcą jej zrobić dowcip.
Ale tata zdecydowanie otworzył drzwi, a protesty Karolinki skwitował krótkim stwierdzeniem, że może zostać przed drzwiami na mrozie.
- Ale tatusiu, tu jest niezdrowe jedzenie - niemal ze łzami w oczach protestowała Karolinka, której niespieszno było do zajęcia miejsca przy jedynym wolnym stoliku.
- A zobacz, jaki tu jest tłum, prawie nie ma gdzie usiąść. I zobacz, ile dzieci. A tam, w tej małej sali to chyba jakieś dziecko ma urodziny. Skoro wszyscy tu jedzą, to my też możemy - powiedziała mama zdecydowanie.
- To ja chcę frytki i... - Karolinka próbowała przynajmniej zamówić to, co lubi.
- O nie, nie, obiad musi być pożywny, więc dostaniesz tę ogromną bułę z mięsem w środku, do tego mnóstwo musztardy i wielki kubek coli...
- Ale to jest niedobre, ja tego nie lubię. A pan od gimnastyki powiedział, że cola jest niezdrowa - bliska płaczu Karolinka próbowała powołać się na swój największy autorytet w dziedzinie zdrowego stylu życia.
- Jak to niezdrowa? Zobacz, wszyscy ją piją. I my też będziemy - powiedział tata. Tyle że Karolinka zauważyła, że kąciki ust układają mu się do uśmiechu.
- Żartujesz, tatusiu. Chodźmy do domu.
- Tak? To jednak mózg na coś się przydaje? Można czasem pomyśleć i robić mądrze, a nie tak jak wszyscy? A może jednak zrobimy tak jak wszyscy, a mózg Karolinki wystawimy na aukcję...
Ale mama nie zdążyła dokończyć, bo Karolinka była już przy drzwiach.
Na następnym angielskim diabełek Karolek także musiał ustawić swój mózg na najwyższe obroty, bo Karolinka, w przeciwieństwie do innych dzieci, które za podszeptem swoich diabełków biegały i krzyczały, ani myślała reagować na jego zachęty, by robiła tak jak wszyscy. Jednak w przypadku umysłu nieprzyzwyczajonego do ciężkiej pracy nie było to takie proste i diabełek Karolek oczami wyobraźni już widział siebie na dywaniku u wujka Lucyferka. Zastanawiał się, czy wujek Lucyferek uwzględni to, że przecież robił tak jak wszyscy.
Diabełek Karolek triumfował. I Karolinka aniołek musiała przyznać, że miał powód. Bo ich dziewczynka na lekcji pianina nie zagrała ani jednego ćwiczenia, za to całkiem dobrze szło jej tworzenie muzyki awangardowej. No ale tego, co teraz wygadywał diabełek, Karolinka aniołek nie mogła już słuchać.
- Dziękuję ci, Karolinko, że tyle razy zagrałaś hymn naszego piekiełka - wołał diabełek przymilnym głosikiem. - Mam nadzieję, że na kolejnych lekcjach też zagrasz nasz piękny hymn.
- Uspokój się, diabełku Karolku - mówiła Karolinka aniołek z groźną miną. - Karolinka wcale nie grała waszego hymnu.
- Nie? A co to było? Może kolęda? - wykrzywiał się diabełek Karolek. - Jeśli tak, to w wersji hardrockowej.
Karolince aniołkowi trudno było się spierać. Ale diabełek wpadł na nowy pomysł.
- Zresztą co ja będę ci udowadniał. Zaraz sama się przekonasz - wykrzyknął Karolek i już go nie było.
Jednak Karolinka aniołek niedługo mogła się cieszyć jego nieobecnością. Już po chwili diabełek Karolek wrócił, na dodatek nie sam, bo z diabełkiem Bartkiem, który pomagał mu nieść ogromne pianino. Nim Karolinka zdążyła cokolwiek powiedzieć, oba diabełki naraz zaczęły ze wszystkich sił uderzać w klawisze jak popadnie.
- I co nie tak samo grała nasza dziewczynka? - triumfował diabełek Karolek. - A to właśnie hymn naszego piekiełka!
Karolinka aniołek najchętniej zatkałaby sobie uszy, bo czuła, że te bezładne bębnienie w klawisze przewierca jej umysł na wylot (zresztą pomyślała, że pewnie to od tych hymnów diabełki mają problemy z myśleniem). Jednak w głowie zaświtał jej pewien pomysł.
- No nie wiem, czy to hymn waszego piekiełka, bo zwykle gracie go nieco głośniej. No ale cóż, pewnie głośniej już nie dacie rady...
Ale diabełki dawały radę i tak zaczęły walić w klawisze, że aż struny zaczęły pękać i młoteczki wypadać z pianina. Kiedy nie było już ani jednej dobrej struny, diabełki pobiegły po następny instrument. Trochę się zdziwiły, gdy po powrocie zastały aniołki Karolinkę i Zuzię z pianinem i skrzypcami, które grały kolędę "Bóg się rodzi". To tak rozwścieczyło diabełki, że po kilku chwilach z ich pianina zostały tylko drzazgi. Ale kiedy po chwili wróciły z dwoma wielkimi kotłami i maczugami do walenia w nie, oprócz aniołków Karolinki i Zuzi zastały Olgę aniołka z wiolonczelą i Wiktorię aniołka z perkusją. Nie było rady, diabełek Karolek pobiegł po posiłki, a diabełek Bartek starał się zagłuszyć aniołki, które teraz grały "Pójdźmy wszyscy do stajenki". Ale chociaż jego walenie w kocioł zagłuszało muzykę aniołków, to gdy tylko dźwięk cichł, orkiestra aniołków zadawała się brzmieć o wiele głośniej.
Na szczęście diabełek Karolek wrócił z wielką gromadą diabełków, z których każdy miał ze sobą wielki kocioł i maczugę. Ich walenie w kotły, chociaż hałas był nie do wytrzymania, nie na wiele się zdało, bo oto po stronie aniołków pojawiła się wielka gromada aniołów ze skrzypcami, fletami, klarnetami, puzonami, trąbkami i innymi instrumentami. Ale i diabełki nie zasypiały gruszek w popiele, bo zlatywało się ich coraz więcej, przyleciał nawet diabełek Generał z kotłem wielkim na pół świata. Jednak mimo że waliły w swoje kotły z całych sił, anielska orkiestra swoją równą i zgodną grą zdawała się zyskiwać przewagę. Coraz bardziej zmęczony diabełek Karolek postanowił więc sięgnąć po ostatnią deskę ratunku. Ale kiedy wrócił z diabełkiem Lucyferkiem i kotłem wielkim jak cały świat, nie tylko zastał archanioła Michała z ogromną harfą, ale i diabełki ledwie żywe ze zmęczenia. I niewiele pomagało kłucie ich widłami w czasie, gdy diabełek Lucyferek ze wszystkich sił tłukł w swój kocioł: diabełkowa orkiestra nie była w stanie wykrzesać z siebie nic więcej. Tymczasem uśmiechnięte anioły grały coraz głośniej. Na dodatek diabełki zaczęły zatykać sobie uszy, bo nie mogły słuchać o wyrywaniu z czarta mocy, a niektóre chyłkiem uciekać do piekiełka. Nawet diabełek Lucyferek wyglądał na coraz bardziej zmęczonego i diabełkowi Karolkowi, który z coraz mniejszym zapałem kłuł diabełki, tym bardziej że od kilku dostał fangę w nos, wydawało się, że ich władca chętnie poszedłby w ślady uciekinierów. Całe szczęście, że z pomocą przyszła mu natura, czy może raczej niezbyt solidna robota diabelskich kowali. Kiedy pękł jego wielki kocioł, czym prędzej poleciał do piekiełka po nowy, tyle że strasznie trudno było go znaleźć...
- Wiesz, mamusiu, diabełek Karolek powiedział, że grałam dzisiaj na lekcji hymn piekiełka. A to wcale nieprawda! - ze łzami w oczach mówiła Karolinka.
- Oczywiście, że nieprawda. No ale mogłabyś trochę bardziej się postarać...
- Tak, bo od tego hałasu tylko głowa boli. A wiesz, mamusiu, że diabełkowi Karolkowi i diabełkowi Lucyferkowi od grania tego hymnu popękały kotły, a nawet głowy? - zawołała z filuternym uśmiechem Karolinka.
- Tak, wiem - powiedziała mama, która jednak nie mogła rozwinąć tej myśli, bo właśnie zbliżał się autobus.
Przez dłuższy czas z rozwijaniem myśli miały też problemy diabełki, które siedziały w piekiełku z głowami pookładanymi mokrymi szmatami.
Karolinka aniołek nie mogła pojąć, co się dzieje. A raczej, gdzie podziały się wszystkie diabełki. Nie żeby za nimi tęskniła, co to, to nie, ale zastanawiała się, co się wydarzyło. Wprawdzie i diabełek Karolek, i jego wujek Lucyferek zostali pogonieni gdzie pieprz rośnie, chociaż zapach, który roztaczał się z ich przypalonych futer był bardziej intensywny niż zapach pieprzu, ale żeby nagle zniknęły wszystkie diabełki... I pewnie Karolinka aniołek długo by jeszcze się zastanawiała, gdyby aniołek Zuzia nie wpadła na pomysł, żeby podkraść się pod piekiełko i zobaczyć, co się dzieje. Co prawda były jakieś procedury, wypadało powiedzieć o tym chociażby archaniołowi Rafałowi, ale... ciekawość i chęć przeżycia przygody zwyciężyły.
Aniołkom Karolince, Zuzi, Wiktorii i Oldze zdarzało się już bywać pod bramami piekła, dlatego zdziwiło je to, co zobaczyły. Bo zamiast zamkniętych bram i stróżujących na murach diabełków widziały otwartą na oścież bramę i puste mury. Wyglądało to bardzo dziwnie. Aniołek Olga radziła, żeby zawołać starsze anioły, ale koleżanki przekonały ją, że tylko zajrzą, żeby się zorientować, o co chodzi.
Za bramą było równie pusto jak przed nią. Wszędzie leżały porozrzucane różne diabelskie sprzęty i uzbrojenie. Aniołki postanowiły zajrzeć do diabelskiej zbrojowni, ale ledwie uchyliły drzwi musiały szybko się cofnąć z powodu niemiłosiernego gorąca, które panowało wewnątrz. Olga przekonywała, żeby wracać, ale reszta wyprawy chciała iść dalej. A wszędzie było tak samo: nigdzie żywego ducha i we wszystkich wnętrzach nieznośne gorąco. Kiedy aniołki zbliżyły się do pałacu sytuacja zmieniła się o tyle, że zamiast gorąca był przenikliwy chłód. Ogromny pałac diabełka Lucyferka też był tak wyziębiony, że na sufitach zaczęły pojawiać się sople. Wędrówka nie była więc łatwa, tym bardziej że Olga ciągle marudziła, że powinny wracać. Ale skoro doszyły już tak daleko... Zresztą gdzieś w oddali usłyszały jakiś głos. W miarę, gdy się zbliżały, słowa stawały się bardziej zrozumiałe.
- Mówiłem wam "trochę mniej", a nie "dużo mniej"! - jakiś diabełek wydzierał się do rury, która wystawała z podłogi. - Dorzucić więcej węgla i słuchać swego władcy, bo jak nie...
Ale z rury dobiegł tylko diabelski śmiech. Karolinka zorientowała się, że diabełek przy rurze to nie Lucyferek. W tym momencie diabełek z wściekłości kopnął rurę tak, że wyrwana z podłogi przeleciała przez całą komnatę i trafiła prosto w aniołka Olgę. Straty nie były duże, bo rura nie była ciężka, ale Olga syknęła i w ten sposób cała anielska wyprawa się zdekonspirowała. Na szczęście aniołek Wiktoria zachowała przytomność umysłu i zaskoczonemu diabełkowi dała fangę w nos, po czym omotała go siatką na diabełki i wraz z koleżankami i nieprzytomnym diabełkiem pędem puściła się do bramy wyjściowej.
Karolinka aniołek żałowała swojej wyprawy, bo jak się okazało, to dlatego, że porwały diabełka Skunksa, diabełki wyszły z kotłowni i wróciły każdy do swojego człowieka. Archanioł Rafał, który w porę przybył ze swoim oddziałem im na ratunek, wyjaśnił jednak, że i tak by w końcu wyszły, a dzięki ich wyprawie diabełek Lucyferek musiał zrezygnować z paru swoich żądań, bo bardzo mu zależało, żeby diabełek Skunks wrócił do piekiełka. Inna sprawa, że temu wcale nie było śpieszno i nawet całkiem chętnie opowiadał, jak diabełek Lucyferek znalazł się w kotłowni.
Otóż gdy po ucieczce przed ognistymi mieczami archanioła Michała i Karolinki i wymoczeniu się w fontannie diabełek Lucyferek wraz z diabełkiem Karolkiem wrócił do swego gabinetu, odczuwał potrzebę natychmiastowego doprowadzenia swojego siedzenia do poprzedniego stanu. Kiedy jednak wezwał diabełka Sekretarza, ten na widok przypalonego siedzenia ze śmiechu taczał się po podłodze. Wściekły Lucyferek natychmiast kazał odesłać go do kotłowni. Ale policjanci, którzy przyszli go zabrać, też zaczęli się śmiać, więc i oni zostali odesłani do kotłowni. Lucyferek wezwał więc diabełka Generała, ale i on wylądował w kotłowni, gdzie jeszcze długo nie mógł się uspokoić. Lucyferek wydał rozkaz, że jeśli ktokolwiek się roześmieje, trafi do kotłowni. Wkrótce do diabełka Generała dołączyli diabełek Pułkownik, diabełki policjanci, diabełki strażnicy, diabełki kusiciele, a nawet diabełek Karolek. Ostatni diabełek, który oprócz Lucyferka nie był jeszcze w kotłowni, wpadł na doskonały pomysł. Przed wejściem do gabinetu Lucyferka chwycił ze ściany lustro i wszedł, zasłaniając się nim. I kiedy diabełek Lucyferek zobaczył swoje siedzenie... musiał sam siebie wysłać do kotłowni. Diabełek Skunks żałował, że jego rządy trwały tak krótko.
A Karolinka aniołek pomyślała, że to dobrze, że niebo nie jest oparte na prawie...
Karolinka aniołek była nieco zaskoczona i, co tu dużo mówić, zdezorientowana. Diabełek Karolek był bowiem tego dnia jakiś dziwny, zachowywał się jak nie on. Nie dawał ich dziewczynce swoich dobrych rad, siedział jakiś zamyślony, obojętny na wszystko. Nawet nie obchodziło go, że Karolinka słucha rodziców, szybko zbiera się do wyjścia. Nie reagował nawet na zaczepki Karolinki aniołka, gdy zapytała go: "Jak leci?", tylko mruknął coś niezrozumiale. W końcu Karolinka aniołek nie wytrzymała.
- Diabełku Karolku, coś ty dzisiaj taki markotny? - zapytała.
- Daj mi spokój - mruknął diabełek Karolek wpatrzony w jakiś niewidzialny punkt.
- No powiedz, co się stało - Karolinka aniołek nie dawała za wygraną.
- Mówię ci, daj mi spokój - diabełek Karolek ciągle patrzył nie wiadomo gdzie.
- Jak chcesz...
- Nie dasz mi chwili spokoju nawet w ostatnich chwilach mojego życia?! - wrzasnął diabełek Karolek.
Karolinka pewnie nie przejęłaby się tym, co wygaduje jej przeciwnik, gdyby nie jego dziwne zachowanie.
- Jakie ostatnie chwile życia? O czym ty mówisz? - zapytała z prawdziwą troską.
- Nie udawaj, że nie wiesz. Przecież to wszystko przez ciebie! - diabełek Karolek był naprawdę zły.
- Przeze mnie? - Karolinka aniołek naprawdę nie rozumiała.
- A kto mówił: Karolinko, bądź grzeczna, słuchaj rodziców i w żadnym wypadku nie zgadzaj się na pójście do piekiełka? Może ja? - diabełek Karolek przedrzeźniał Karolinkę aniołka, nieudolnie naśladując jej głos.
- No mówiłam i będę dalej mówiła, bo...
- Pewnie, bo co cię obchodzi, że moje futro będzie wycieraczką pod drzwiami wujka Lucyferka... Tak, niech Karolinka się nie zgadza na przyjście do piekiełka, pewnie...
- A, to o to chodzi? Gdyby się zgodziła, to nic by ci nie groziło? - Karolinka aniołek zrozumiała, że cierpliwość Lucyferka już się skończyła i diabełka Karolka czeka kara za brak sukcesów. - Ale przecież wiesz, że się nie zgodzi, że ja na to nie pozwolę...
- No więc będziecie miały mnie na sumieniu - zakończył diabełek Karolek, a Karolinka na chwilę zaniemówiła, bo usłyszeć z ust diabełka słowo "sumienie" to jest coś niebywałego.
- W takim razie mam dla ciebie propozycję: chodź, schowasz się przed swoim wujkiem w niebie - Karolinka wpadła na pomysł.
- Chyba oszalałaś! A kto mnie tam wpuści? Nie ma co, już po mnie. No chyba że... - diabełek jakby wpadł na pomysł. - Chyba że Karolinka tak na niby zgodzi się na przyjście do piekiełka.
- Na niby? Co masz na myśli? - Karolinka aniołek była zaniepokojona.
- No wiesz, jak diabełek Lucyferek przyleci, to ja powiem, że nasza dziewczynka się zgodziła, ty udasz, że jesteś smutna i wszyscy będą zadowoleni - w diabełka Karolka jakby wstąpiła nadzieja na ocalenie.
Ale Karolinka aniołek wietrzyła jakiś podstęp. Tym bardziej, że zobaczyła, że diabełek Karolek miele coś w rękach za plecami. Na dodatek przypomniała sobie, że przecież zawsze w takich wypadkach diabełki chcą... Ale zamiast dłużej się zastanawiać, wykonała śmig z przewrotką i wyrwała Karolkowi z rąk to, co w nich trzymał. Oszołomiony Karolek nie bardzo wiedział, co się dzieje. Za to Karolinka przekonała się, że zwój trzymany przez Karolka był jak najbardziej prawdziwy i brakowało na nim tylko jednego: podpisu.
Diabełek Karolek był jeszcze bardziej oszołomiony, gdy po wizycie u wujka Lucyferka (podczas której dowiedział się, że jeszcze jedna taka wpadka i jego skóra będzie nie wycieraczką, ale pergaminem, bo przez obrońców zwierząt coraz trudniej o skóry) , stał w kolejce do diabełka Sekretarza po kolejny cyrograf dla swojej dziewczynki.
Bajka: Karolinka aniołek i rozmowa
Napisany przez Robert dnia 2010-10-25 23:54:52 CESTKarolinka aniołek miała już szczerze dość pomysłów diabełka Karolka. Gdy tylko ich dziewczynka zaczynała się modlić albo była w kościele, Karolek zaczynał opowiadać jej jakieś bzdury badury lub pokazywał, jaki ciekawy wzorek jest na ławce w kościele, albo że wiewiórka biega przed kościołem, albo... itd., itd. Skutków tego łatwo było się domyślić: Karolinka w żaden sposób nie mogła nawet na chwilę skupić się na modlitwie albo na tym, co się dzieje w kościele. Nic więc dziwnego, że dostawała czas na przemyślenie swojego zachowania czy nie oglądała bajki. A diabełek Karolek zacierał ręce z radości i wymyślał nowe sposoby, by rozproszyć dziewczynkę. Pewnie wszystko to skończyłoby się wielką awanturą, gdyby któregoś dnia Karolinka aniołek nie usłyszała w telewizji, że modlitwa to spotkanie i rozmowa z Panem Bogiem. A gdy wieczorem z czytanej Karolince dziewczynce książki dla dzieci o dobrym wychowaniu dowiedziała się, że gdy się z kimś rozmawia, zwłaszcza starszym, nie wypada trzymać rąk w kieszeniach, ziewać, nie słuchać czy dłubać w nosie, pomysł był już gotowy. Na dodatek tak dobrze się złożyło, że następnego dnia była niedziela. Wystarczyło więc tylko niepostrzeżenie za pośrednictwem aniołów rodziców podsunąć im pomysł...
- Karolinko, czy nie słyszałaś wczoraj w telewizji, że modlitwa to spotkanie i rozmowa z Panem Bogiem? - tata nie wyglądał na zadowolonego. Rozumiał, że dziecko to nie dorosły i nie wytrzyma w skupieniu całej mszy, ale dzisiaj Karolinka nie wytrzymała w skupieniu nawet sekundy.
- Słyszałam - powiedziała Karolinka niepewnie.
- A pamiętasz, jak ci tłumaczyliśmy, że w takim razie podczas modlitwy trzeba się zachowywać tak jak w czasie rozmowy z kimś ważnym i dorosłym, to znaczy nie rozglądać się, nie ziewać, nie bawić się, nie gadać z rodzicami...
- Pamiętam, ale to wszystko przez... diabełka Karolka - Karolinka nie dała dokończyć tacie.
- Wiesz co, Ka... ka... ro... - i tata ziewnął szeroko, pokazując Karolince całe uzębienie. Ale dziewczynce nie było dane zbyt długo mu się przyglądać, bo tata obrócił się do niej plecami. - No więc, Karo... Kochanie, może zrobimy sobie kawę? - tata nagle zwrócił się do mamy. Karolinka wyglądała na nieco zdezorientowaną, bo spodziewała się raczej rozmowy z wzajemnym patrzeniem na siebie i jakiejś kary, a tu tymczasem...
- Tatusiu, a pójdziemy dzisiaj na rower? Proszę, proszę! - Karolinka spróbowała przy okazji coś załatwić.
- No... - tata powiedział to tak, że Karolinka nie wiedziała, czy znaczy to "tak" czy "nie". Na dodatek patrzył w telewizor obrócony tyłem do Karolinki. - Zobaczymy, jak... Kochanie, poproszę z mlekiem - tata znowu zwrócił się do mamy i wyszedł z rękami w kieszeniach.
Ale i diabełek Karolek miał kłopoty. Bo gdy wściekły wrzeszczał do Karolinki aniołka, że on jej pokaże, że jeszcze się z nią policzy, że zaraz zawoła wujka Lucyferka, ta obrócona do niego plecami między ziewnięciami mamrotała:
- Tak, tak, diabełku Ka... ka... czy jak się tam nazywasz...
- Mogłabyś przynajmniej na mnie patrzeć, jak do mnie mówisz! - wrzeszczał Karolek. - Jestem bratankiem samego Lucyferka!
- No... - mruknęła Karolinka znad książki o anielskich akrobacjach powietrznych. Ale dokończyć tego mruknięcia już nie zdążyła, bo diabełek Karolek pognał na skargę do wujka Lucyferka.
- Bo to było tak, wujku, no tak... - mówił zziajany Karolek.
- Uspokój się i mów po kolei - huknął zirytowany Lucyferek.
- To było tak, że najpierw tata Karolinki zaczął ziewać, a potem Karolinka aniołek zaczęła ziewać...
- A co to ma do rzeczy?! - Lucyferek był coraz bardziej zły.
- No diabełku Lu... lu... cyfe... - diabełek Karolek zaczął ziewać, obrócił się plecami do wujka i jedną ręką zaczął grzebać w kieszeni, a drugą w nosie, żeby wujek zrozumiał, o co chodzi z ziewaniem.
- Czyś ty oszalał? Tak rozmawiasz z królem całego wszechświata? Do kotłowni z nim!!! - ryknął Lucyferek.
Bajka: Triumf diabełka Karolka
Napisany przez Robert dnia 2010-10-20 06:37:00 CESTDiabełek Karolek dumnie kroczył po wielkich schodach prowadzących do tronu jego wujka, diabełka Lucyferka. Obok wielkiego tronu stał nieco mniejszy i właśnie on, diabełek Karolek miał zaraz na nim zasiąść. U podnóża schodów zgromadzone były wszystkie diabełki, które wiwatowały na cześć diabełka Karolka, chociaż Karolek widział, że nie były to szczere wiwaty. Ale wiedział już, co zrobi po uroczystości: każdego, który wyda mu się nieszczery w uwielbieniu, wyśle do kotłowni! Diabełkowa orkiestra odgrywała hymn piekiełka. Diabełek Karolek zauważył, że nie wszystkie diabełki z orkiestry z wystarczającym zaangażowaniem waliły w kotły i nie wszystkie z chóru dość głośno wyły. Ale to nic, potem zrobi z tym porządek. Diabełek Karolek coraz wyżej wspinał się po schodach, na których szczycie czekał na niego zadowolony jak nie wiadomo co diabełek Lucyferek. Stojący obok niego diabełek Sekretarz ledwo mógł utrzymać całe stosy medali, orderów, pagonów i Bóg wie, czego... to znaczy nie wiadomo, czego jeszcze. Karolek nawet nie martwił się, czy w tym wszystkim da radę się ruszyć. Bo gdy znalazł się już na szczycie u boku diabełka Lucyferka, a diabełkowa orkiestra skończyła grać, w jego uszy niczym błoga muzyka zaczęły sączyć się słowa wujka.
- Diabełki! Dzisiaj wreszcie przyszedł największy i od zawsze oczekiwany dzień. Jak już wszystkie wiecie, będąca pod opieką diabełka Karolka dziewczynka Karolinka zgodziła się przyjść do naszego piekiełka! - po tych słowach wszystkie diabełki zawyły z radości. - Zatem Cela Samotności już nie będzie pusta! W końcu odetniemy jedną Nić Miłości - diabełki zawyły drugi raz.
- A to wszystko zasługa naszego nieocenionego diabełka Karolka - diabełek Lucyferek spojrzał na Karolka, a ten dumnie wypiął pierś. Inne diabełki wyły, ale jakoś mniej entuzjastycznie niż przed chwilą.
- Pokonał Karolinkę aniołka i wszystkie anioły, pokonał naszego Przeciwnika! - diabełki znowu zawyły radośnie. - Dlatego w nagrodę dostanie wszystkie diabełkowe medale i zostanie wicekrólem piekiełka...
Ale kiedy Lucyferek wziął z rąk coraz bardziej purpurowego z wysiłku Sekretarza medale, by wręczyć je Karolkowi, zza jego pleców wybiegł jeszcze bardziej purpurowy diabełek Generał.
- Nie zgadzam się! To moja zasługa nie diabełka Karolka! To ja tyle lat walczyłem z aniołami i mnie się one należą! - krzyczał. Po czym zaczął odpychać diabełka Karolka, który usiłował wziąć medale od Lucyferka, a w końcu ze złości kopnął go w kostkę. Diabełek Karolek złapał go wpół i już miał zrzucić ze schodów, gdy ni z tego, ni z owego dostał pięścią w nos. Ale kiedy zamroczony po uderzeniu zaczął odzyskiwać świadomość, zobaczył wprawdzie diabełka Generała, ale nie zobaczył ani schodów, ani tronu, ani tłumu diabełków.
- Karolku, czyś ty oszalał?! - niestety, wściekłość Generała nie zniknęła, a on sam rozcierał uszkodzoną na nosie Karolka pięść. - Ty tu sobie śpisz w najlepsze, przez sen urządzasz zapasy, a twoja dziewczynka już dawno w przedszkolu.
I kiedy diabełek Karolek w te pędy leciał przez miasto do Karolinki, tata idący do pracy po odprowadzeniu córki do przedszkola zastanawiał się, co się stało, że Karolinka była dzisiaj tak zdyscyplinowana.
Bajka: Karolinka aniołek i ognisty miecz
Napisany przez Robert dnia 2010-10-07 06:48:21 CESTKarolinka aniołek zastanawiała się, czy jednak nie przesadziła z tym dowcipem zrobionym diabełkowi Karolkowi. Może nie powinna była znowu wysyłać go do Korkowego Smoka, który tym razem zjadł diabełkowi kawałek ogona. Ale skąd mogła wiedzieć, że tak to się skończy, a diabełek Karolek poleci na skargę do swojego wujka Lucyferka. Dobrze, że po ostatnich wydarzeniach archanioł Michał pożyczył jej swój mały ćwiczebny miecz ognisty. Ponieważ w związku z nieobecnością diabełka Karolka nie miała za wiele roboty przy uszku swojej dziewczynki, ćwiczyła podpatrzone u archanioła cięcia. I kiedy miecz świsnął w powietrzu, Karolinka zobaczyła, że zbliżają się do niej dwie czarne postacie. Ledwie miecz zdążył opaść, stali już przy niej sam diabełek Lucyferek ze swoim wielkim trójzębem i diabełek Karolek z nieco mniejszą bronią. Karolinka aniołek trochę się przestraszyła, bo diabełek Lucyferek wyglądał naprawdę strasznie i groźnie.
- Wujku Lucyferku, wujku Lucyferku, dziobnij ją swoim trójzębem - diabełek Karolek nie mógł się doczekać, kiedy pozbędzie się swojego największego kłopotu.
Ale diabełek Lucyferek zaczął strasznie się śmiać. Diabełek Karolek patrzył na niego nieco zaskoczony, bo nie wiedział, co jest przyczyną tego śmiechu. Dopiero po chwili zobaczył ognisty miecz w ręku Karolinki aniołka.
- I co, sądzisz, że się tym przede mną obronisz? - rechotał Lucyferek. - Dasz radę to w ogóle unieść?
Karolinka już podnosiła miecz, by udowodnić, że nie tylko go uniesie, ale i da radę uciąć nim diabelskie skrzydło, ale okazało się, że nie musiała tego robić.
- Jeśli ona nie da rady, to ja sobie z tym poradzę.
Po tych słowach Lucyferkowi mina nieco zrzedła, bo nie spodziewał się, że znowu przyjdzie mu toczyć pojedynek z samym archaniołem Michałem (skąd on się tu w ogóle wziął?) . Postanowił jednak wykorzystać element zaskoczenia i od razu z całą siłą zaatakował przeciwnika. Jak się okazało, była to dobra decyzja, bo archanioł Michał był raczej nastawiony na dłuższą wymianę zdań przed właściwą walką i w ostatniej chwili udało mu się sparować uderzenie trójzębu. Wprawdzie nie został ugodzony w tułów, ale lewa ręka nieco ucierpiała. Lucyferek postanowił wykorzystać początkowy sukces i z całą mocą natarł na zmuszonego teraz do rozpaczliwej obrony archanioła Michała, któremu z najwyższym trudem udawało się uniknąć kolejnych zranień.
O wiele lepiej radziła sobie za to Karolinka aniołek, tym bardziej że diabełek Karolek okazał się nie tylko marnym, ale i niezbyt odważnym szermierzem. Ograniczał się tylko do odganiania od siebie miecza Karolinki, który niczym natrętna pszczoła chciał dosięgnąć miejsca, z którego wyrasta ogon.
Ale i archanioł Michał nie zasypiał gruszek w popiele. Przetrwał szaleńczy atak Lucyferka i mimo zranienia zaczął go atakować ze zdwojoną mocą. Karolinka aniołek, która obserwowała walkę gigantów kątem oka, mogłaby przysiąc, że archanioł Michał odzyskał siły po tym, gdy na mgnienie oka stał się jakby myślami nieobecny. Kiedyś będzie musiała go zapytać, jak się to robi.
I wtedy stało się. Archanioł Michał uderzył z taką siłą, że trójząb Lucyferka rozpadł się na tysiąc kawałków. Rzekomy król całego wszechświata stał zaskoczony i bezradny. Po chwili jednak postanowił pójść w ślady diabełka Karolka i pędem puścił się w stronę piekiełka. Leciało mu się tym łatwiej, że od czasu do czasu czuł swąd przypalanego diabelskiego futra, a okolice ogona stawały się coraz bardziej piekące. A całkiem piekące stały się, gdy nie mógł dostać się do swojego królestwa, bo diabełki strażnicy postanowiły akurat uciąć sobie małą drzemkę. Kiedy w końcu podnieśli bramę, diabełek Lucyferek nie wysłał ich do kotłowni, ale tylko dlatego, że miał co innego na głowie... a raczej na czymś innym. Błogosławił sam siebie w duchu, że kiedyś zgodził się, żeby niedaleko bramy zbudować fontannę (to miała być taka zachęta, żeby ci, którzy zgodzą się przyjść do piekiełka, nie zwrócili po przekroczeniu bramy) . Teraz bardzo się przydała i jemu, i diabełkowi Karolkowi. A raczej ich podstawom ogona.
- Mamusiu, a co to są metemotyty?
- Meteoryty, córeczko. To takie kamienie, które latają po kosmosie.
- I mogą kogoś uderzyć? - Karolinka była trochę zaniepokojona.
- Raczej rzadko to się zdarza. A dlaczego pytasz?
- Bo Julek mówił, że dzisiaj spadną na ziemię i wszystko zniszczą.
- Akurat. Przelecą tylko koło Ziemi, a jeśli wlecą w powietrze, to nie dolecą do ziemi, bo się spalą - mama przypomniała sobie, że w telewizji podawano wiadomość o roju meteorytów, który pojawił się nie wiadomo skąd i miał przelecieć bardzo blisko Ziemi.
Bajka: Karolinka aniołek i bałwany
Napisany przez Robert dnia 2010-09-27 22:55:08 CESTKarolinka aniołek trochę miała do siebie pretensje, że nie wykazała dostatecznej czujności. No ale tyle się działo... Diabełek Karolek próbował swoich starych i nowych sztuczek, ciągle się dopytywał Karolinki dziewczynki, czy przypadkiem nie zgodziłaby się przyjść do jego piekiełka, w którym jest tak przyjemnie, cieplutko. Karolinka aniołek musiała więc dopowiadać, że tak, bardzo cieplutko, nawet za bardzo, a do tego ten przyjemny zapach smoły i siarki oraz ciągle wrzeszczące na siebie diabełki. No i to chyba te piekielne dymy tak ją zamroczyły, że nie zauważyła, że diabełek Karolek coś na nią szykuje.
A plan był bardzo prosty. Gdy Karolinka dziewczynka się budziła i Karolinka aniołek w pośpiechu szykowała się do porannych bojów o sprawne wstawanie, jedzenie i mycie się, znienacka pojawili się diabełek Bartek i Jakub z siatką na anioły. Całe szczęście, że Karolince aniołkowi w ostatniej chwili udało się ich dostrzec i umknąć spod siatki dobrze wyuczonym śmigiem ratowniczym, a jedyną stratą było kilka piór ze skrzydeł. Ale to nie był jeszcze koniec kłopotów, bo z drugiej strony z taką samą siatką nadciągali diabełek Janek i diabełek Krzyś, a wokół pojawiały się inne diabełki. Karolinka wykonała jeszcze parę śmigów, dzięki którym diabełki Bartek i Jakub wpadli w siatkę diabełków Janka i Krzysia, ale i tak widziała, że żadną miarą nie zdoła im umknąć. Gorączkowo odgrzebywała w pamięci wiadomości z przedmiotu "procedury ratunkowe" i wtedy przypomniała sobie, co nauczyciel mówił po każdej lekcji: jak nie wiesz, co zrobić - zagwiżdż. Karolinka aniołek chwyciła więc gwizdek ratunkowy i zrobiła to, co radził nauczyciel. Co prawda na dźwięk gwizdka zrobiło się wśród diabełków zamieszanie, bo diabełek Bartek zaczął wołać: "Spalony!", a diabełek Janek, że nieprawda, nie było spalonego, ale o wiele ważniejsze było to, że diabełki zaczęły trafiać do siatek... ale anielskich policjantów, którzy zjawili się nie wiadomo skąd.
- No, Karolinko, przybyliśmy w ostatniej chwili. Inaczej ty siedziałabyś teraz w siatce - archanioł Rafał, dowódca anielskiego oddziału, z zadowoleniem patrzył na szamocące się w siatkach diabełki.
- Ciekawa tylko jestem, gdzie się podział diabełek Karolek - zastanawiała się głośno Karolinka. Ale na odpowiedź nie musiała długo czekać.
- Archaniele Rafale, a co mamy zrobić z tym tutaj... topniejącym bałwanem? - zapytał jeden z policjantów. I rzeczywiście, diabełek Karolek, bo to o nim była mowa, wyglądał jak topniejący na wiosnę bawłan, gdyż spod białej farby, zmywanej przez deszcz, który właśnie się rozpadał, przezierały czarne placki jego diabelskiego futra.
- Wsadźcie go razem z innymi, żeby nie czuł się samotny - i wszystkie anioły ryknęły śmiechem.
Diabełek Lucyferek miał chyba jednak mniejsze poczucie humoru, bo wcale się nie uśmiechał, gdy diabełek Karolek tłumaczył mu, że dzięki jego przemalowaniu się na biało anioły miały się nie zorientować, że przy uszku Karolinki dziewczynki nie ma porwanej Karolinki aniołka. Tak, dzięki przemalowaniu coś się stało, ale to, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów diabełek Lucyferek zgadzał się z aniołami. Bo gdy wysyłał diabełka Karolka i jego kolegów do kotłowni, żeby dorzucali węgiel do pieców, krzyczał coś o bałwanach i że ma nadzieję, że Karolek do końca tam się rozpuści. A potem zawołał diabełka Sekretarza i kazał mu napisać, że diabełek Lucyferek, król całego wszechświata itd., wyraża ubolewanie z powodu tragicznej pomyłki i bałwanów...
- No nie pisz tego, bał... - diabełek Lucyferek ugryzł się w język. I pomyślał, że chyba już nigdy nie polubi tego symbolu zimy.
Bajka: Karolinka aniołek i poplątany język
Napisany przez Robert dnia 2010-09-27 07:30:44 CEST- Mamusiu, piciu - zawołała Karolinka. Nic dziwnego, że chciało jej się pić: tak gorącego czerwcowego dnia już dawno nie było.
Ale mama Karolinki się zdziwiła.
- Że co słucham?
- No piciu, mamusiu - Karolinka się dziwiła, że mama się dziwi, że chce jej się pić.
Za to wcale nie dziwiła się Karolinka aniołek i, o dziwo, dobrze wiedziała, o co chodzi mamie. Najgorsze było jednak to, że do tej pory nie znalazła sposobu na nowy pomysł diabełka Karolka, który teraz chichotał dumny z siebie jak nie wiem co.
- Karolinko, nie rozumiem, co do mnie mówisz - mama była bardzo stanowcza.
I wtedy Karolinka się zorientowała, o co chodzi. Dzisiaj miała jednak dzień przekory.
- Mamusiu, siocku - powiedziała z łobuzerskim uśmieszkiem.
- Tak, tak, Karolinko, trochę fantazji, nie można być takim sztywniakiem, mów: mamusiu, piciu, siocku - diabełek z równie łobuzerskim uśmiechem zerkał na Karolinkę aniołka, która była bezradna.
Mama Karolinki pewnie dałaby się wciągnąć na chwilę w te wygłupy, gdyby nie było tak gorąco.
- Karolinko, albo będziesz mówiła normalnie, albo uschniesz tutaj z pragnienia - mama energiczniej chwyciła Karolinkę za rękę.
A Diabełek Karolek zacierał swoje ręce z radości, bo już oczyma wyobraźni widział piękną awanturę na środku ulicy.
- Karolinko, teraz chwyć ręką...
- Diabełku Karolku, nie ręką, tylko jenko - Karolinka aniołek nie pozwoliła mu dokończyć.
- Karolinko, teraz chwyć ręką za tę poręcz...
- Nie diabełku Karolku: Kajoinko, tejas chwyć jenko za te pojencz.
- Przestań, nie przeszkadzaj mi, ona potem ma pojęczeć - diabełek zaczął się denerwować. - Karolinko, teraz chwyć ręką... - ale w tym momencie się zorientował, że Karolinka nie może się już niczego chwycić, bo poręcz została daleko z tyłu. - Karolinko, teraz... - diabełek Karolek zobaczył nową szansę w postaci ławki.
- Nie diabełku, Kajojku: Kajoinko, tejas...
- Nie jestem żadnym Kajojkiem! - diabełek Karolek był już naprawdę wściekły. Na dodatek Karolinka dziewczynka musiał chyba coś usłyszeć z ich rozmowy, bo miała uśmiech od ucha do ucha. - Tejas, Kajoinko, złap jenko łafkie... - i w tym momencie diabełek Karolek zorientował się, że coś jest nie tak. - Kajoinko aniolku, jak cie zajas sciele w ucho... - i diabełek Karolek zobaczył, że coś jest bardzo nie tak.
Za to wszystko było jak najbardziej w porządku u Karolinki, która szła uśmiechnięta z mamą, trzymając w ręku butelkę z napojem.
- Wiesz, mamusiu, to diabełek Karolek cały dzień mi podpowiadał, żebym brzydko mówiła, a teraz mu się język poplątał, bo...
Ale mama nie dowiedziała się, jak dokładnie to się stało, bo przyjechał tramwaj i trzeba było wsiadać.
Nie dowiedział się tego również wujek Lucyferek, bo nie mógł zrozumieć diabełka Karolka, tym bardziej że gdy tylko ten zaczynał mówić, wszystkie diabełki w piekle pokładały się ze śmiechu. A Karolinka aniołek poznała diabełka Bartka, który miał zastępować diabełka Karolka do czasu, aż wujek Lucyferek znajdzie sposób, żeby mu rozplątać język.
Bajka: Diabełek Karolek na dywaniku
Napisany przez Robert dnia 2010-09-20 22:37:26 CESTDiabełek Karolek jakoś wcale nie miał ochoty na wizytę u wujka Lucyferka. Ale wiedział, że wujek nie lubi czekać. Rad nierad ruszył więc do pałacu. Miał nadzieję, że może dzisiaj Lucyferek będzie czymś zajęty i nie będzie miał dla niego czasu. Ale gdy dotarł do poczekalni, wiedział już, jak płonne były jego nadzieję. Przed nim był tylko mocno wystraszony diabełek Bartek. A zza drzwi dobiegły bardzo podniesione głosy, zwłaszcza jeden.
- O filmach to chyba nie dyskutują - próbował zacząć rozmowę Karolek.
Ale jego towarzyszowi niedoli nie było do śmiechu.
- No chyba że o katastroficznych... - jednak diabełek Bartek nie zdążył dokończyć, bo właśnie otworzyły się drzwi i z pokoju wyszedł mocno przestraszony diabełek Adam.
- Do kotłowni z nim! - z głębi pokoju dobiegł głos Lucyferka.
Kiedy diabełkowa policja zabierała nieszczęśnika, diabełek Bartek skorzystał z zamieszania i uciekł gdzie pieprz rośnie. Karolek wiedział, że nic to nie pomoże, ale dla niego oznaczało to jedno: teraz jego kolej.
- Chodź, Karolku, pogwarzymy sobie - Karolek się zdziwił, bo Lucyferek wcale nie wyglądał na zdenerwowanego. - Słyszałem, że świetnie się bawisz.
- No... jakby to ująć... - Karolek nie wiedział, co powiedzieć.
- Z Korkowym Smokiem śpiewasz sobie piosenki o Czarnym Alibabie...
- Tak, ale to wszystko przez... - Karolek usiłował wejść w słowo Lucyferkowi.
- ...Podobno jest nawet tak uczynny, że nosi cię za ogon... - diabełek Karolek widział już co się święci... czy raczej zapowiada.
- Czyś ty zupełnie oszalał?! - Lucyferek wybuchł. - Żarty sobie stroisz?!
- Ale, Lucyferku, przecież sam mówiłeś, że ból zębów to pierwszy stopień do piekła, bo wiadomo, mogą być z tego niezłe awantury... - Karolek usiłował się tłumaczyć.
- A twoją dziewczynkę bolą zęby?
- No... nie - Karolek nawet nie próbował kłamać.
- A może zgodziła się już przyjść do naszego piekiełka?
- No prawie... - odpowiedział Karolek, chociaż wiedział, że w tym przypadku to prawie robi naprawdę wielką różnicę. - Ale Lucyferku, daj mi jeszcze jedną szansę. Ciągle ją przekonuję, że nasze piekiełko jest piękne i można w nim świetnie się bawić, że w porównaniu z niebem to niebo a ziemia... - Karolek się zorientował, że gubi się w porównaniach.
- Zaraz ty przekonasz się, że niebo a ziemia to kotłownia w porównaniu z moim gniewem! - wykrzyknął Lucyferek. Ale gdy Karolek spodziewał się najgorszego, usłyszał śmiech. Widać i Lucyferka rozbawiło porównanie. Diabełek Karolek dołączył do niego, chociaż miał wątpliwości, czy powinien się śmiać.
- No, rozbawiłeś mnie, Karolku - powiedział Lucyferek, gdy już przestał się śmiać. - Tym razem ci jeszcze daruję, ale...
Diabełek Karolek nie dowiedział się, co to było za "ale", bo właśnie diabełkowi policjanci przyprowadzli uciekiniera Bartka. Wolał jednak nie czekać na wyjaśnienia i czym prędziej wystartował w drogę powrotną do swojej dziewczynki Karolinki. Z mocnym postanostanowieniem, że w jakiś sposób musi się pozbyć Karolinki aniołka.
Bajka: Diabełek Karolek i zębowe robaki (3)
Napisany przez Robert dnia 2010-09-19 21:57:50 CEST
Diabełek Karolek był wściekły, miał już po dziurki w nosie, a nawet po końcówki rogów historii o zębowych robakach. Bo było w nich wszystko: i robaczki, i ich mieszkania, i meble, i firanki, i czarne dywany, i robaczki rodzice, którzy chodzili do pracy, i robaczki dzieci, które chodziły do przedszkola, do szkoły, i Bóg wie, gdzie jeszcze... eee, to znaczy nie wiadomo, gdzie jeszcze. Diabełek Karolek mógł się pocieszać tylko tym, że jeszcze go tam nie było, bo los robaczków był zawsze ten sam: brzuch Korkowego Smoka. Tyle, że ucieszył się za prędko.
"Tego dnia córeczka robaczek żadną miarą nie chciała wstać, żeby wybrać się do przedszkola.
- Wstawaj, mój leniuszku, czas do przedszkola - ponaglała mama robaczek.
- Nie chcę iść do przedszkola, tam jest nudno! - marudziła córeczka.
- Dlaczego? Przecież uczycie się robić takie pożyteczne rzeczy - mama nie ustępowała.
- Ciągle uczymy się tylko stukać młoteczkami w zęby dziewczynki, a one są takie twarde, że nic z tego nie wychodzi - szlochała córeczka.
- Ale, córeczko, skąd chcesz mieć piękny dom i meble, i jedzenie, jeśli nie nauczysz się robić dziurek w ząbkach dziewczynki? - mama robaczek próbowała zastosować sprawdzony chwyt.
- Ty mi dasz, mamo - odpaliła córeczka.
Mama już szykowała się do wygłoszenia odpowiedniej mowy umoralniającej, gdy pojawiła się niespodziewana pomoc.
- No, nareszcie doszło - tata robaczek był uszczęśliwiony, a córeczka i mama skierowały na niego pytające spojrzenia. - No co tak patrzycie? Nasi kuzyni, japońskie robaczki, przysłali nam najnowszy model japońskiego młoteczka do stukania w zęby!
- I on się nie pokruszy? - córeczka pytała z niedowierzaniem.
- Oczywiście, że nie, przecież to japońska technologia - tata robaczek był przekonany o swojej racji.
- Ale, tato, patrz, on jest cały biały - córeczka robaczek była przerażona.
I słusznie, bo chociaż ani szczotka, ani pasta nie były japońskie, z łatwością z japońskiego młoteczka zrobiły japońską zupę, która razem z robaczkami powędrowała prosto do brzucha Korkowego Smoka."
- A może wrzucę do domu Korkowego Smoka diabełka Karolka? - dziewczynka Karolinka miała nowy pomysł.
- Myślę, że Korkowy Smok się ucieszy - tacie Karolinki pomysł się spodobał.
- Tak, będzie go niósł za ogon jak smok osła w Shreku - Karolinka już się śmiała. - To już, wrzuciłam diabełka Karolka. Co on teraz robi?
- Udaje, że nie żyje, wcale się nie rusza. Myśli, że Korkowy Smok go ominie.
- A Korkowy Smok co? - Karolinka była coraz bardziej zainteresowana.
- Nie dał się nabrać. Śpiewa diabełkowi Karolkowi basem: "Obudź się, Czarny Alibabo"... - tata nie mógł skończyć, bo sam zaczął się śmiać z przypadkowego skojarzenia. Ale Karolinka zdawała się nie rozumieć. - Bo wiesz, Czarny Alibaba, a diabełek też jest... - tata usiłował wytłumaczyć.
- Czarny co? - Karolinka chyba jeszcze nie znała baśni o Alibabie.
- Karolek też nie wie. Teraz zerwał się i krzyczy: "Nie jestem żadną czarną babą!" - Karolinka ze śmiechu omal nie zakrztusiła się wodą. - A teraz Korkowy Smok śpiewa: "Obudź się, Czarna Marmolado"...
I Karolinka w końcu się zakrztusiła. Ale gdy już przestała kaszleć, usłyszała, że obudzić się miała i fąfolada, i krtoflada, a nawet spartakiada. Spać spokojnie mogła tylko jedna osoba: Karolinka aniołek. Bo diabełek Karolek dostał list od wujka Lucyferka, że ma natychmiast stawić się w jego pałacu w piekiełku.
Bajka: Podstęp dibełka Karolka
Napisany przez Robert dnia 2010-09-01 08:16:49 CESTKarolinka aniołek była w dobrym humorze. Jej dziewczynka Karolinka coraz rzadziej słuchała diabełka Karolka, a coraz częściej jej. Najbardziej zadowolona była z sukcesu związanego z myciem zębów. No i z tego, że przy tej okazji udało jej się nieco utrzeć nosa diabełkowi Karolkowi. Dzisiaj też był dobry dzień i nic nie zapowiadało kłopotów. Zresztą kłopoty miał raczej diabełek Karolek, który od samego rana zachowywał się bardzo dziwnie. Najpierw gdzieś zniknął - ale to lepiej, bo nie szeptał Karolince do uszka swoich "zbawiennych" rad - a gdy się już pojawił, wcale nie zajmował się tym, czym powinien. Najpierw leżał, potem zaczął chodzić w kółko, następnie biegać i coś mamrotać sam do siebie. Karolinka zaczęła nawet podejrzewać, że to łatwy do przewidzenia efekt stresu związanego z brakiem sukcesów i przepracowaniem. Tym bardziej, że teraz ze zdziwieniem spostrzegła, że Karolek zaczął się do niej wykrzywiać, przedrzeźniać ją, a w końcu wołać:
- Ble, ble, ble, ble, tralalala - i grać jej na nosie.
Nic z tego nie rozumiała i zdziwiona wpatrywała się w diabełka Karolka, który zaczął wkładać na siebie jakieś sukienki w kwiaty i jeszcze bardziej wykrzywiać się do Karolinki aniołka. Pomyślała, że pewnie będzie mu potrzebna fachowa pomoc i nawet już się zastanawiała, kto będzie mógł mu jej udzielić, gdy nagle uświadomiła sobie, że już od dłuższego czasu nie szeptała niczego do uszka Karolince, a nawet nie bardzo wie, co ona teraz robi. Refleksja ta przyszła w samą porę, bo dzięki temu udało jej się zauważyć, że w jej kierunku zmierzają wielkie nożyczki, i w ostatniej chwili uniknąć ucięcia skrzydeł. Diabełek Karolek tarzał się ze śmiechu, gdy tymczasem Karolince aniołkowi wcale do śmiechu nie było, bo nożyczki znowu zmierzały w jej kierunku. Dzięki temu mogła jednak przekonać się o przydatności szkolnego przedmiotu: akrobatyka powietrzna, a przy okazji dostrzec źródło swoich kłopotów. Oto przy uszku jej dziewczynki siedział jakiś inny diabełek i szeptał do niego w czasie, gdy Karolek stroił do niej swoje miny. Najgorzej, że Karolinka nie mogła wrócić na swoje miejsce, bo ciągle przelatywały koło niej ostrza nożyczek. Zaczęła gorączkowo szukać wyjścia z sytuacji. A była ona niezbyt wesoła, bo jej dziewczynka usiłowała nożyczkami wyciąć zaplątany we włosy wieszak.
"Wieszak we włosach?" - przeleciało przez głowę Karolince aniołkowi, ale nie miała czasu się nad tym zastanawiać. W pobliżu nikogo nie było, a diabełek Karolek ze swoim kompanem nadawali w stereo. Na szczęście w porę zadziałał inny anioł...
- Karolinko, co ci strzeliło do głowy, żeby wycinać nożyczkami włosy?! Nie mogłaś mnie zawołać? - tata Karolinki był wściekły, a z trzymanej w ręku chochli kapała zupa. - Mogłaś sobie wydłubać oko albo się skaleczyć! Jak w ogóle ten wieszak znalazł się we włosach?
- Bo wiesz, tatusiu, jak się rozebrałam, schowałam się w szafie i wiesz...
- I wieszak cię zaatakował? - tata nie dał dokończyć Karolince. - Dobrze, że w porę przyszedłem, bo inaczej byś się ostrzygła na łyso...
- Ale ja chciałam być samodzielna - wychlipała Karolinka. A tata ledwie się powstrzymał od śmiechu.
Nie do śmiechu było za to diabełkowi Karolkowi, który razem ze swoim kompanem usiłował gdzieś się ukryć przed Karolinką i jej trzema koleżankami. Teraz mógł się przekonać, że praca w grupie ma swoje dobre i złe strony.
Bajka: Diabełek Karolek i zębowe robaki (2)
Napisany przez Robert dnia 2010-08-30 10:18:42 CESTDiabełek Karolek był coraz bardziej zły. Bo Karolinka nie tylko że myła zęby, ale robiła to coraz chętniej. A wszystko przez tę Karolinkę aniołka. Na dodatek ta wstrętna anielica robiła wszystko, by z niego, diabełka Karolka, bratanka samego Lucyferka, zrobić... e, zresztą szkoda gadać. A teraz znowu się zaczynało.
- Karolinko, zapraszam do mycia ząbków! Zobaczymy, co tam porabiają twoje zębowe robale - wołał tata Karolinki. Ale teraz w jego głosie nie było słychać irytacji. Bo też i nie było do niej powodu.
- Dobrze, tatusiu, już biegnę - i o dziwo, Karolinka rzeczywiście biegła. Ale dlaczego miałaby nie biec...
- No dobrze, otwieramy buzię... Cóż one tam porabiają? Zobaczmy... - i jak co wieczór rozpoczęła się opowieść.
"- Dzień dobry, robaczki - powiedziała szczotka. - O, widzę, że nieźle się tu urządziłyście.
- My? - robaczki były wyraźnie przestraszone. - Nie, nie. Jesteśmy maleńkimi biednymi robaczkami, które siedzą sobie grzecznie w kącikach i...
- Tak? A co tam chowasz za plecami, robaczku? - szczotka nie wierzyła robaczkom.
- A to nic takiego. To takie maleńkie krzesełko... - wielki robak starał się je sobą zasłonić.
- Tak? A z czego ono jest zrobione? - szczotka była coraz bardziej stanowcza.
- No... ten... no... - robaczek nie miał ochoty powiedzieć prawdy.
- Mów, bo jak nie, to wysmaruję cię pastą! - szczotka była coraz groźniejsza.
- No dobra już mówię! No więc... no... z Karolinki ząbków...
- Co?! Ja ci zaraz pokażę... - szczotka zaczęła wysmarowywać pastą robaczka.
- Przestań, to piecze! O, jak strasznie piecze! - robaczek chował się za krzesło. I wtedy szczotka zobaczyła, że w kącie stoi... stół na dwanaście robaczków, a do tego krzesła, komoda i telewizor.
- A to co znowu? Macie jeszcze i to? Pewnie to też z Karolinki ząbków?
- No pewnie! Zresztą co wielkiego się stało? Zrobiliśmy taką małą dziureczkę, teraz nakryjemy ją pięknym czarnym dywanem i będzie ślicznie - robaczek niczego teraz nie ukrywał.
- Tak? Żeby Karolinkę bolały zęby i musiała iść do dentysty? Już smaruję to pastą...
- Przestań, bo zniszczysz nasze piękne żółte firanki, które robiłyśmy przez cały dzień!
- To jeszcze i firanki tu macie? - szczotka nie dowierzała własnym oczom.
- No pewnie, takie są piękne, żółciutkie...
- A Karolinka będzie miała żółty uśmiech? O nie! - i bez dalszych ceregieli szczotka wzięła się do pastowania tego całego majdanu.
- Nasze piękne meble! Nasz piękny telewizor! Nasze piękne czarne dywany! - biadoliły robaczki. - I jaka ta pasta jest piekąca!
- Zaraz przestanie was piec - szczotka uśmiechnęła się, ale jakoś tak złowrogo. - Ja już wam mówię: żegnam.
Robaczki odetchnęły i zaczęły wycierać pastę oraz ustawiać poprzewracane meble. Ale nie na wiele to się zdało, bo w tym momencie wszystkie meble, firanki i dywany zostały porwane przez wielkie fale.
- Co się dzieje! Nasze meble! Powódź! - lamentowały robaczki. A po chwili szły już ciemnym i mokrym korytarzem.
- Ojej! Jak tu strasznie! - drżały małe robaczki.
- Może zaraz znajdziemy jakieś ząbki... - pocieszały je starsze.
- Zapewne, zapewne - usłyszały niski chrapliwy głos.
- Kto to? - robaczkom nie było wesoło.
- Chodźcie tu, kochaneczki. Tu jest miło i jasno... - głos wydawał się teraz milszy.
- Ale kto nas woła? - robaczki nie były pewne, że nic im nie grozi.
- Korkowy Smok! - krzyknęła potężna paszcza z rzędami ostrych zębów. Robaczki nie uciekały, bo jak zahipnotyzowane wpatrywały się w setki zębów smoka i śniły na jawie o meblach, telewizorach, samochodach, które można by z nich zrobić. Niemal nie zauważyły, że znalazły się w paszczy smoka, a potem w jego brzuchu.
- Dziękuję ci, szczotko. Dziękuję ci, Karolinko."
- O, Korkowy Smok powiedział: dziękuję - wykrzyknęła Karolinka, gdy z odpływu zlewu wydobyło się charakterystyczne bulbnięcie.
- Tak, Karolinko. Korkowy Smok dziękuje ci za kolację - potwierdził tata. - A teraz poczytamy bajki...
- A diabełek Karolek co robi? - Karolinka była ciekawa.
- Siedzi smutny, bo znowu go nie posłuchałaś i pięknie umyłaś ząbki.
Tata Karolinki nawet się nie domyślał, jak blisko był prawdy.
Bajka: Diabełek Karolek i zębowe robaki
Napisany przez Robert dnia 2010-08-11 08:27:06 CESTDiabełek Karolek nie był zadowolony. Od bardzo dawna nie był zadowolony. Bo aniołek kojarzył mu się z ciapowatym niezgułą ze złożonymi rękami szepczącym ciągle modlitwy. Tymczasem ta Karolinka aniołek okazała się wymagającym przeciwnikiem. Coraz bardziej wymagającym. Nie żeby diabełek Karolek nie miał sukcesów, co to, to nie. Tyle, że wygrywał bitwy - zresztą coraz mniej - a nie wojny. Jak chociażby tę o mycie zębów. Sprawa wydawała się prosta...
- Karolinko, po co będziesz myła te zęby - szeptał codziennie rano i wieczorem do uszka dziewczynki. - Zobacz, jaka to strata czasu, ile ciekawych rzeczy można by było w tym czasie zrobić, jak świetnie można byłoby się bawić. I zobacz, jakie nieprzyjemne jest to mycie: pasta szczypie w język, szczotka kłuje. Zresztą jak raz nie umyjesz, nic się nie stanie...
I Karolinka go słuchała, nie chciała myć zębów, znajdowała tysiące powodów, żeby myć je nie teraz, ale później. Rodzice się denerwowali, ich diabełki się cieszyły, Karolinka siedziała na karnym jeżyku, świat stawał się coraz piękniejszy, prawie tak piękny jak piekiełko, a Karolinka aniołek coraz smutniejsza. I wtedy... Diabełek Karolek nie mógł sobie darować, że nie zauważył, co się święci (ciekawe, czy daruje mu to wujek Lucyferek i czy go przypadkiem czymś nie prześwięci ). Rzecz zaczęła się niewinnie i to za sprawą anioła mamy Karolinki, chociaż chyba i anioł taty, i aniołek Karolinka - jak się teraz wydawało diabełkowi Karolkowi, przede wszystkim aniołek Karolinka - musiały maczać w tym palce.
- Karolinko, chodź umyjemy zęby - mama wyglądała jak żołnierz przed bitwą, co do której wyniku nie ma pewności.
- Powiedz, że nie teraz, że się bawisz, że za chwilę... - diabełek Karolek był na posterunku.
- Mamusiu, bawię się - wszystko szło zgodnie z planem diabełka Karolka. Ale wtedy zdarzyło się coś nieoczekiwanego.
- Dobrze, Karolinko, baw się. Ale wiesz, nie będziemy już mogły się całować.
- A dlaczego, mamusiu? - Karolinka była wyraźnie zaciekawiona, a diabełek Karolek tak zaskoczony, że zdążył tylko powiedzieć to, co zwykle.
- Karolinko, teraz się baw, to nie ważne, co mówi mamusia.
Ale Karolinka słuchała teraz kogoś innego, kto szeptał przy jej drugim uszku.
- Mamusiu, dlaczego? - powtórzyła.
- Bo nie chcę, żeby z twojej buzi do mojej przeszły te wielkie, obrzydliwe, tłuste robale, które siedzą teraz na twoich zębach - mama wiedział aż za dobrze, czego Karolinka najbardziej nie lubi i się boi. - Chodź zobaczę, ile ich tam jest.
Diabełek Karolek jeszcze próbował, ale był bezradny - dziewczynka wciągnęła się w zabawę.
- Jeden, dwa, trzy... O, a tam w kąciku siedzą jeszcze dwa: jeden gruby, a drugi chudy. Chyba akurat jedzą obiad...
- Mamusiu, a mogę cię pocałować?
- Nie, nie, nie chcę twoich robali! - i mama zaczęła na niby uciekać przed Karolinką.
A Karolinka pobiegła umyć zęby.
Bajka: Karolinka aniołek spotyka się z Karolinką... i z kimś jeszcze
Napisany przez Robert dnia 2010-08-10 08:00:37 CESTTak, u człowieka nawet włosy są policzone, ale u tego chyba niedokładnie. Gdy Karolinka aniołek wyplątywała się z nastroszonej czupryny, była pewna, że w szkole mówili, że niemowlak jest łysy, nawet jeśli ma dwa miesiące. Może to o tym chciała jej przed wylotem powiedzieć pani nauczycielka? Nie czas jednak na roztrząsanie tego - pomyślała, choć w duchu obiecała sobie, że w końcu posłucha rady dyrektora szkoły i najpierw będzie myślała, a potem robiła - bo trzeba dostać się do uszka dziewczynki. W tej gęstwinie nie było to jednak łatwe i Karolinka aniołek robiła wszystko, co w jej mocy, by nie obudzić śpiącego dziecka (a swoją drogą, jak można spać na plecach z rękami zarzuconymi po obu stronach głowy ). Wtedy kątem oka zobaczyła wchodzących do pokoju kobietę i mężczyznę. Domyśliła się, że to rodzice dziewczynki. Co prawda wiedziała, że nie mogą jej dostrzec, ale i tak wolała nie wychylać się zza uszka, do którego udało jej się w końcu dotrzeć.
- Wiesz, chyba nazwiemy ją Karolina - powiedziała mama dziewczynki. Karolinka aniołek aż podskoczyła z radości, bo to oznaczało, że będzie już mogła rozmawiać ze swoją dziewczynką. Ale podskoczyła chyba trochę za mocno, bo dziecko otworzyło oczy i miało niezbyt zadowoloną minę. Karolinka aniołek trochę się zaniepokoiła, czy nie wystraszyła swojej dziewczynki, ale niepotrzebnie.
- Kochanie, patrz, ona się uśmiecha! - Karolinka aniołek usłyszała okrzyk radości. Chyba musi jeszcze dużo się nauczyć o uśmiechach dzieci. Mimo to postanowiła, że nie może tego tak zostawić.
- Przepraszam - szepnęła do uszka dziewczynki. Dopiero po chwili zorientowała się, że o czymś zapomniała.
- Przepraszam, nie przedstawiłam się. Jestem twoim aniołkiem, Karolinko, i też mam na imię Karolinka. Odtąd będę ci podpowiadała, jak być grzeczną, co robić, żeby nikomu nie sprawiać przykrości, no i o miłości trochę ci opowiem... - może brzmiało to nieco zbyt poważnie jak dla dwumiesięcznego dziecka, ale bardziej dziecięce słowa jakoś nie przychodziły jej do głowy.
- A ja ci powiem, Karolinko, jak się dobrze bawić i co robić, żeby było wesoło. I że nie warto słuchać tej tam anielicy, bo będziesz tylko się nudziła. A tak w ogóle to dlaczego tu jest tak ciasno i niewygodnie...
Karolinka aniołek z lekkim przerażeniem patrzyła, jak przy drugim uszku dziewczynki mości się ktoś bardzo podobny do aniołka, tylko że cały czarny. Karolince to rozpychanie się wyraźnie się nie podobało, bo wyglądała tak, jakby miała się rozpłakać. Karolinka aniołek musiała coś zrobić.
- Hej, ty czarny, przez komin tu wleciałeś? - diabełek przestał się mościć i aż zaniemówił z wrażenia. A Karolinka znowu się uśmiechała. Pierwsze starcie było wygrane.
Bajka: Jak aniołek Karolinka dostała swoją dziewczynkę
Napisany przez Robert dnia 2010-08-09 08:03:18 CESTAniołek Karolinka była smutna. Bardzo smutna. I to od wielu już dni. Wszystkie jej koleżanki i wszyscy koledzy mieli już swoje dziewczynki albo swoich chłopców, a tylko ona jedna nie. A przecież nie była najgorsza w klasie i pani nauczycielka bardzo ją lubiła. Gorzej było z dyrektorem, który niby nie miał do czego się przyczepić, ale Karolinka miała wrażenie, że z jakiegoś powodu patrzył na nią nieufnie. Postanowiła, że dzisiaj to zmieni. Pójdzie do dyrektora i dowie się, dlaczego ciągle czeka. Ale w drodze do jego gabinetu spotkała swoją panią.
- Witaj, Karolinko - pani jak zwykle powitała ją radośnie. - Nie wyglądasz na zbyt szczęśliwą - teraz pani patrzyła z troską.
- No bo nie rozumiem, dlaczego wciąż nie mam swojej dziewczynki. W końcu nie jestem chyba taka beznadziejna... - Karolinka aniołek pewnie by się rozpłakała, gdyby aniołki mogły płakać.
- Właśnie szłam ci powiedzieć, że niedługo to się zmieni - pani miała radosny głos, ale Karolinka czuła, że nie jest to tylko radość. - Skoro już się spotkałyśmy, to ci o tym powiem. Wejdź do mnie.
Karolinka się ucieszyła, ale zdawała sobie sprawę, że już nie raz jej to mówiono.
- Widzisz, sprawa się przeciągnęła z różnych powodów, o których długo by mówić - pani mówiła tak, jak gdyby nie o wszystkim chciała powiedzieć. - Zresztą nie jest to takie istotne. Na szczęście wszystko się wyjaśniło i w końcu będziesz mogła polecieć do swojej dziewczynki. Jak się domyślasz, ma na imię Karolinka, ale jest trochę starsza niż zazwyczaj...
- Jak to? Czy to znaczy, że jest już przy niej diabełek? - Karolinka aniołek była wyraźnie zaniepokojona.
- Na szczęście nie - pani miała minę nauczyciela nieco zawiedzionego swoim uczniem. - Jak zapewne pamiętasz, diabełki nie mogą same dowiedzieć się, jak ktoś ma na imię, gdyż to ich po prostu nie obchodzi. Bo dla diabełka nie liczy się człowiek, liczy się tylko on sam... - pani mimo wszystko chyba postanowiła przypomnieć lekcję.
- Tak, wiem, dla Boga liczy się każdy człowiek i każdego wzywa po imieniu i nawet wszystkie włosy są u niego policzone - Karolinka miała minę ucznia, który właśnie uświadomił sobie, że wszystko to wie. - A gdy diabełek nie wie, jak człowiek ma na imię, nie może go do niczego namówić, bo nie może z nim nawiązać rozmowy?
- Mniej więcej - pani odetchnęła z ulgą. - Tyle że trudno tu mówić o rozmowie, bo diabełek tylko mówi, a nie słucha. Ale tak, każdy człowiek musi mieć imię. I twoja dziewczynka też ma już imię - pani zawiesiła głos, by dać Karolince szansę na wyrażenie radości.
- I będę mogła do niej polecieć? - Karolinka zapytała z nadzieją w głosie.
- Tak. Ale powinnam cię jeszcze uprzedzić...
- Hura! - to było ostatnie słowo Karolinki, nim wybiegła z gabinetu, nawet nie zamykając drzwi. Pani mogła się tylko domyślać, że Karolinka już przygotowuje się do drogi. Szałaput, ale właśnie za to ją lubiła. Chociaż teraz nie była już taka pewna, że dobrze zrobiła, przekonując dyrektora, że to powinna być właśnie Karolinka...
Copyright © 2005-2011 Robert M. Rynkowski. Wszelkie prawa zastrzeżone. Aktualizacja: 1 stycznia 2011 r.